— Być może; ale nie ma potrzeby wyrzucać je za okno... Już koniec! — Głos mu dźwięczał dziecinną uciechą z tej zabawy. — Obróć no się i patrz, Dżacie!
— Bogi mają nas w swej opiece! — ozwał się zakapturzony Kamboh, wynurzając się niby bawół z oczeretów. — Ale... gdzież się podział Mahratta? Coś ty uczynił?
Kim odbył dobrą szkołę u sahiba Lurgana, a E-23. dzięki swemu zawodowi, był niezłym aktorem. Zamiast drżącego, bojaźliwego przekupnia rozpierał się w kącie nagusieńki, wysmarowany popiołem, pręgowany ochrą Saddhu o zmierzwionych włosach; jego opuchnięte oczy (opium szybko skutkuje, gdy się jest na czczo) płonęły zuchwałością i zwierzęcą pożądliwością; nogi skulił pod siebie, na szyi miał brunatny różaniec Kima, a na plecach kawałek wyszarganej chusty cycowej, wyszywanej w kwiatki. Dziecko schowało głowę w ramionach osłupiałego ojca.
— W górę głowa, książątko! Podróżujemy z czarodziejami, ale oni nie zrobią ci nic złego. Oj, nie becz!... Na cóż to leczyć dziecko jednego dnia, by nazajutrz zabijać je przestrachem?
— Dziecko będzie szczęśliwe przez całe życie. Widziało wielkie uleczenie. Gdy byłem dzieckiem, wyrabiałem z gliny konie i ludzi.
— Ja też je lepiłem. Sir Banâs przychodzi w nocy i ożywia je na zapiecku! — zapiszczało dziecko.
— A przecież nie bałeś się niczego, hę, książątko?
— Przestraszyłem się, bo tato się przestraszył. Czułem, jak mu drżały ramiona.
— O pisklątko! — ozwał się Kim, tak iż nawet zawstydzony Dżat się roześmiał. — Uleczyłem tego biedaka kupca. Musi on teraz zapomnieć o swych zyskach i rachunkach i siedzieć przez trzy noce koło drogi, aby przemóc złośliwość swych wrogów. Gwiazdy są mu przeciwne.
— Im mniej lichwiarzy, tym lepiej, moim zdaniem; lecz czy on Saddhu czy nie Saddhu, musi mi zapłacić za moją chustę, co ją ma na plecach.