— Jest moim uczniem. Był mi, jak sądzę, zesłany z niebios, by zaprowadzić mnie do tej rzeki. Siedziałem pod armatą, gdy on nagle się zjawił. Oto, co zdarzyło się szczęśliwcowi, któremu dano mieć przewodnika. Ale przypominam sobie... on mówił, że jest z tego świata... jest Hindusem...

— A jak się nazywa?

— Nie pytałem go o to. Czy nie jest moim uczniem?

— A jego kraj... rasa... gmina? Muzułmanin, Hindus, sikh czy jain? Z niższej czy wyższej kasty?

— Na cóż go miałem o to pytać? Na Środkowej Drodze nie ma ani wysokich, ani niskich. Jeżeli on jest mym chela, to czyż ktoś zechce... zdoła... potrafi mi go odebrać?... Zważ, że bez niego nie odnajdę mej rzeki! — pokiwał uroczyście głową.

— Nikt ci go nie zabierze. Idź, siądź sobie pomiędzy moimi Baltisami — rzekł Mahbub Ali, a lama oddalił się uspokojony obietnicą.

— Czyż on nie jest zbzikowany całkowicie? — rzekł Kim, wysuwając się znów ku światłu — Czemuż bym miał cię okłamywać, Hadżi?

Mahbub pykał hookah, milcząc; nagle ozwał się niemal szeptem:

— Umballa jest na drodze do Benares.... o ile rzeczywiście obaj tam idziecie...

— Pff! Pff! Mówię ci, że on nie umie kłamać... jak to my obaj umiemy.