— Ci jeszcze tu nie zawitali — rzekł pandit — musisz ich później usidlić.
— Tfy! — ozwała się Kwiatuchna z głębokim obrzydzeniem, strącając ze swych kolan głowę Mahbuba. — Ale też haruję na te pieniądze! Farrukh-szach to niedźwiedź, Ali beg haraburda, a stary Sikandat-chan... o rety! No wynocha! idę spać. Ten wieprz ani się nie ruszy do białego dzionka.
Gdy Mahbub się ocucił, Kwiatuchna palnęła mu tęgie kazanie o grzechu pijaństwa. Azjaci ani okiem nie mrugną, gdy im się uda wywieść wroga w pole, atoli gdy Mahbub Ali przepłukał sobie gardło, przyciągnął pasa i zataczając się, wyszedł na świat, wyiskrzony jeszcze od zarannych gwiazd — niewiele brakowało, a byłby się zdradził.
— Ależ to szczenięcy kawał! — mówił sam do siebie. — Jak gdyby pierwsza lepsza dziewka w Peshawur już nie próbowała tej sztuczki! Ale wykonane było co się zowie! Teraz Bogu tylko wiadomo, ilu tam jeszcze po drodze jest takich, którzy mają polecenia, by zbadać mnie... może nawet nożem. Na tym więc stanęło, że chłopiec musi ruszyć do Umballi... i to koleją... gdyż pismo jest rzeczą naglącą. Ja pobędę sobie tutaj, przywalając się do Kwiatuchny i trąbiąc wino, jak przystało na koniarza afgańskiego.
Zatrzymał się koło stajni sąsiadującej z jego własną. Ludzie jego spoczywali, ujęci twardym snem — Kim i lama zginęli bez śladu.
— Wstawaj! — trącił jednego ze śpiących. — Gdzie poszli ci, którzy tu dzisiaj nocowali... ten lama i chłopiec? Czy co nie zginęło?
— Nie — stęknął parobek. — Stary wariat zerwał się za drugim pianiem koguta, mówiąc, że chce iść do Benares, i a ten brzdąc kajsi30 go wyprowadził.
— Przekleństwo Allacha na wszystkich niewiernych! — zaklął Mahbub siarczyście i wygramolił się do własnej stajni, mamrocząc coś pod nosem.
W istocie jednak to Kim zbudził lamę — Kim, który, przytknąwszy oko do dziury od sęka pozostałej w przepierzeniu, dostrzegł człowieka baraszkującego wśród skrzyń. Nie mógł to być zwykły złodziej, jeżeli przewracał listy, rachunki i siodła... ani też jakiś tam włamywacz, skoro nożykiem rozcinał po bokach podeszwy mahbubowych pantofli lub tak zręcznie wypruwał szwy w kulbakach. W pierwszej chwili Kim miał zamiar narobić rejwachu — wydając przeciągły okrzyk: choor... choor (złodziej! złodziej!), który nocą zdoła obudzić cały seraj i rozjaśnić go jak w dzień; lecz po chwili zaczął ostrożniej patrzeć na tę sprawę, a położywszy rękę na amulecie, wysnuł sobie właściwe przypuszczenia.
— Tu chodzi o rzekomy rodowód tego zmyślonego konia — rzekł sobie — właśnie o to, co mam zanieść do Umballi. Lepiej, żebyśmy ruszyli natychmiast w drogę. Ci, którzy nożami przeszukują tobołki, mogą też z kolei poszperać nożem w brzuchu. Ani chybi, w tym być musi jakaś kobieta. Hej, hej! — szepnął do lekko śpiącego staruszka. — Chybaj! Już czas... czas już iść do Benares.