Górale podnoszą dooli i znikają między kępami zarośli.
Lama wznosi rękę w stronę, kędy sterczy wyniosły mur Himalajów.
— Nie pośród was, o przebłogie góry, upadła strzała naszego Pana! Nigdy już, nigdy nie będę oddychał waszym powietrzem!
— Ależ w zdrowym powietrzu tutejszym staniesz się dziesięciokrotnie silniejszy — mówi Kim, bo do jego stęsknionej duszy przemawiają urodzajne, pogodne niziny. — Tak, tutaj lub gdzieś w tych okolicach upadła owa strzała. Będziemy iść pomału, może jedną kos dziennie, bo poszukiwanie jest niezawodne, natomiast wór bardzo mi cięży.
— Tak, nasze poszukiwanie jest niezawodne. Pozbyłem się wielkiej pokusy.
Odtąd już nigdy nie uszli więcej jak dwie mile dziennie, a Kim dźwigał na barkach cały ich ciężar — brzemię ciała staruszka, brzemię ważkiej sakwy naładowanej żywnością i zamkniętymi tekami, pakiet pism złożony na sercu, a wreszcie wszelkie trudy dotyczące zwykłych porządków dziennych. O świcie chodził po prośbie i rozściełał derki dla lamy oddanego rozmyślaniom; w czasie skwaru poobiedniego trzymał na swych kolanach jego utrudzoną głowę i odganiał muchy, póki nie zabolało go w przegubie; wieczorami znów żebrał i rozcierał lamie stopy, za co ów odwdzięczał mu się obietnicą rychłego wyzwolenia... dziś, jutro lub co najdalej pojutrze.
— Nie było jeszcze nigdy takiego cheli. Powątpiewam niekiedy, czy Ananda wierniej niańczył naszego Pana. I tyżeś jest sahibem? Gdy byłem w pełni sił męskich... dawno temu... zapomniałem o tym. Teraz często ci się przypatruję i wciąż sobie przypominam, żeś ty jest sahibem. To rzecz dziwna.
— Sam przecież mówiłeś, że nie uznajesz różnicy między czarnymi i białymi. Czemuż mi dokuczasz taką mową, o święty? Pozwól, że ci rozetrę drugą nogę. To mi sprawia przykrość. Ja nie jestem sahibem. Jestem twoim chelą i czuję, że głowa cięży mi na ramionach.
— Jeszcze trochę cierpliwości! Obaj razem dostąpimy wyzwolenia. Wtedy na przeciwnym brzegu Rzeki będziemy, i ja, i ty, poglądać wstecz na nasze żywoty, jak w górach spoglądaliśmy na drogę przebytą w ciągu dnia. Może i ja kiedyś byłem sahibem.
— Przysięgnę, że nie było nigdy sahiba, co by był tobie podobny.