— A i stamtąd jeszcze daleko do Benares — rzekł lama posępnie, mrucząc coś nad ciastkami, które podał mu Kim. Wszyscy rozwinęli węzełki i wzięli się do śniadania, po czym bankier, wieśniak i żołnierz nabili sobie lulki i napełnili cały przedział duszącym, gorzkim dymem, spluwając, kaszląc i gawędząc. Sikh i wieśniaczka żuli pan (mieszanina liści i orzeszków betelu); lama zażywał tabakę i liczył różaniec, natomiast Kim, skuliwszy nogi pod siebie, uśmiechał się, myśląc z rozkoszą o nasyceniu żołądka.
— Jakie rzeki macie koło Benares? — zagadnął nagle lama, zwracając się do całego wagonu.
— Jest Ganges — odparł bankier, gdy ustał pokątny śmiech.
— A jakie jeszcze inne?
— Jakaż inna, jeżeli nie Ganges?
— Nie... bo ja myślałem o pewnej rzece uzdrawiającej.
— To właśnie Ganges. Kto się w nim wykąpie, staje się czysty i idzie do bogów. Trzykrotnie odbywałem pielgrzymkę nad Ganges! — rozejrzał się dumnie wokoło.
— Było ci to potrzebne! — ozwał się oschle młody sipaj, a śmiech pasażerów spadł tym razem na bankiera.
— Czysty... by powrócić znów do bogów... — mamrotał lama. — I na nowo podjąć bieg żywotów... i być wciąż przykutym do Koła... — potrząsnął głową markotnie. — Ale może to pomyłka. Któż więc stworzył Ganges na początku?
— Bogowie. Jakiegoś ty wyznania? — zapytał przerażony bankier.