— Każ zaczekać jednemu z konnych — rzekł wysoki mężczyzna i obaj odeszli do szatni w chwili, gdy powóz ruszył z powrotem. Kim zobaczył ich głowy pochylone nad posyłką Mahbuba Ali i słyszał ich głosy — jeden cichy i pełen szacunku, drugi dobitny i stanowczy.

— Nie jest to kwestia tygodni, ale dni... niemal godzin — mówił starszy. — Oczekiwałem tego od dłuższego czasu, lecz to — tu plasnął ręką w papier przysłany przez Mahbuba — jest potwierdzeniem mych domysłów. Czy i Grogan jest tu dziś na kolacji?

— Tak jest, a Macklin również.

— Doskonale. Pomówię z nimi sam. Sprawa będzie, oczywiście, przedstawiona na Radzie, lecz jest to taki wypadek, w którym usprawiedliwione byłoby natychmiastowe podjęcie akcji przez nas. Trzeba ostrzec brygady w Pind i Peshawur. Wprowadzi to nieporządek w luzowaniu straży pogranicznej, ale na to nie ma rady. Nasza w tym wina, żeśmy nie rozbili ich doszczętnie za pierwszym razem. Osiem tysięcy wystarczy.

— A jak z artylerią?

— Muszę się porozumieć z Macklinem.

— Więc to ma być wojna?

— Nie. Ukaranie. Gdy jest się skrępowanym działalnością swego poprzednika...

— Ale C-25 mógł skłamać.

— On dostał wieści od innych. Ściśle rzecz biorąc, oni już przed sześciu miesiącami pokazywali pazury. Lecz Devenishowi się zdawało, że są pewne widoki pokoju. W rzeczywistości oni tylko skorzystali z tego, by się wzmocnić. Wyślij zaraz te telegramy... według nowego klucza, nie według starego... moje i Whartona. Sądzę, że nie powinniśmy dać paniom dłużej czekać na siebie. Resztę możemy obmyślić przy cygarach. Myślałem, że tak się stanie... To kara... nie wojna.