— Cudzoziemiec nareszcie poznał w nim kapłana — szepnął jeden z Oriasów.
— Hej! Czemu nie obijecie, jak się należy, tego żebraczego pomiotła? — krzyczała stara jejmość.
Góral powrócił do wozu i szepnął coś przez kotarę. Nastało głuche milczenie, a potem pomruk.
„Klawo się nam powodzi!” — myślał Kim, udając, że nic nie widzi ani nie słyszy.
— Kiedy... kiedy... on się pożywi — łasił się góral Kimowi — to... proszę, by mąż święty raczył porozmawiać z osobą, która pragnie jego rozmowy.
— Gdy mąż święty spożyje wieczerzę, położy się spać — odparł Kim czupurnie; nie wiedział, jaki nowy obrót wzięła sprawa, lecz uwziął się, że wyciągnie z niej korzyść. — A teraz postaram się o jedzenie dla niego.
Ostatnie zdanie, wypowiedziane głośno, zakończyło się westchnieniem — niby wskutek zmęczenia.
— Ja... ja sam i inni moi ziomkowie zajmiemy się tym... jeżeli pozwolicie...
— Pozwalamy — rzekł Kim jeszcze butniej. — O święty mężu, ci ludzie chcą tobie przynieść jadło.
— To dobry kraj... cały kraj południowy jest dobry... świat wielki i straszny... — bełkotał lama na wpół sennie.