„Ależ dziś taki upał! — rzecze jeden z nich. — A my nie mamy lekarza... Co będzie, jeśli nabawimy się gorączki albo porażenia słonecznego?”

„To umierajcie! — odparłem. — Rzym na tym nic nie straci, może nawet zyska! Tarcze na ramię! Do góry włócznie! Przysznurować sandały!”

„Niech ci się nie zdaje, żeś już cesarzem Brytanii!” — krzyknął jeden z tych drabów. Zdzieliłem go natychmiast po głowie drzewcem włóczni i zapowiedziałem ludziom (byli to sami rodowici Rzymianie), że w razie najmniejszego rokoszu pozbędę się jednego z nich. Klnę się na światłość słoneczną, iż mówiłem szczerze! Moi dzicy Galowie w Clausentum nigdy do mnie nie odzywali się w ten sposób.

Gdy to się działo, z gęstwy paproci wyjechał konno Maximus w towarzystwie mojego ojca i skierował się na drogę. Odziany był w purpurę, jak gdyby już dostąpił godności cesarskiej; nagolennice miał z białej skóry koźlęcej, lamowanej złotem. Na jego widok moi żołnierze rozpierzchli się jak przepiórki. On przez czas jakiś nie odzywał się ani słowem, jeno spoglądał na nich, zmarszczywszy brwi nader groźnie. Potem kiwnął na nich palcem, a oni natychmiast zeszli się — a raczej przyczołgali — na miejsce zbiórki.

„Stańcie tu na słońcu, chłopcy!” — zawołał Maximus, a oni ustawili się w dwuszeregu na najprzykrzejszym kawałku gościńca. Maximus zwrócił się do mnie: „Jak byś postąpił, gdybym się tu nie był zjawił?”

„Zabiłbym tego człowieka!” — odpowiedziałem.

„Zabij go teraz! — rzekł Maximus. — On nawet palcem nie kiwnie”.

„Nie — odpowiedziałem. — Odebrałeś mi oto władzę nad tymi ludźmi. Byłbym tylko twoim katem, gdybym go zabił w tej chwili”. A czy wiecie, co to znaczyło? — To pytanie Parnezjusz skierował do Dana.

— Rozumiem! — odrzekł chłopiec. — Byłby to przecie postępek nieładny.

— I ja to samo myślałem — rzekł Parnezjusz. — Maximus zmarszczył się na moją odpowiedz i burknął: „O, ty nigdy nie będziesz cesarzem... ba, nawet wodzem armii!”