— Czy dziwicie się, że kocham to miejsce? — szepnął Hal. — I cóż wiedzą mieszczuchy o przyrodzie i o przyjemnościach sielskich?

Usadowili się rzędem na starej, porzniętej scyzorykami ławce dębowej, stojącej w ogrodzie, i patrzyli na strumień płynący w dolinie oraz na zarosłe paprocią parowy i wyboje koło kuźni za chatą Hobdena. Staruszek właśnie rąbał chrust w ogródku swoim przy pasiece. Łoskot uderzeń siekiery dopiero po upływie sekundy dochodził do niezbyt wytężających się uszu dzieci.

— Hej, hej! — ozwał się Hal. — Tam, gdzie teraz ten staruszek rąbie drzewo, stała, jak pamiętam, Dolna Kuźnia... ludwisarnia mistrza Jana Collinsa. Przez ile to nocy, gdym spał tutaj, budził mnie nagle huk jego potężnego giserskiego młota! „Bum-bum! Bum-bum!” Jeżeli wiał wiatr od wschodu, słychać było, jak mistrz Tomasz Collins z kuźni w Stockens odpowiadał swemu bratu: „Łup-lup! Łup-łup!” — a młoty kowalskie Jana Pelhama w Brightling wtrącały się do tej rozmowy niby gromadka żaków recytująca bez końca: „Hic-haec-hoc! Hic-haec-hoc!161”, póki mnie znowu sen nie zmorzył. Tak, tak! Cała ta dolina tak rozbrzmiewała odgłosami kuźni i odlewni, jak zarośla w maju rozbrzmiewają wołaniem kukułek. Wszystko to teraz znikło i trawą zarosło.

— A cóż tam wyrabiano? — zapytał Dan.

— Działa dla okrętów królewskich... czasem i dla innych. Przeważnie kolubryny162 i śmigownice163. Gdy robota była ukończona, nadjeżdżali królewscy oficerowie i zabierali nam woły od pługa, by nimi pociągnąć działa na wybrzeże. Patrzcie! Oto jeden z najprzedniejszych i najwytrawniejszych mistrzów sztuki żeglarskiej!

Przewrócił kartkę szkicownika i pokazał dzieciom głowę jakiegoś młodzieńca, pod którą był podpis „Sebastianus”.

— Człek ten przybył do mistrza Jana Collinsa, przywożąc rozkaz królewski, by mu dostarczono dwudziestu kolubryn (piekielne to były armatki!) na morską wyprawę odkrywczą. Narysowałem go, gdy siedział przy naszym ognisku i opowiadał mej matce o nowych lądach, jakie zamierzał odkryć w dalekich stronach świata. Jakoż odkrył ich wiele! Miał jakiś dziwny węch, który go wiódł pośród morskich pustkowi. Nazwisko miał Cabot; rodem był z Bristolu, lecz płynęła w nim na poły krew cudzoziemska. On to mi dopomógł w budowie kościoła.

— Ja myślałem, że to Andrzej Barton ci pomagał... — przerwał Dan.

— Tak jest... ale wcześniej niż dach trzeba położyć fundamenty — odrzekł Hal. — Sebastian pierwszy wskazał mi drogę do tego dzieła. Bo gdym tu przybył, celem moim było nie służyć Bogu, co jest powinnością prawdziwego mistrza, ale pokazać ludziom tutejszym, jaki to mistrz ze mnie. Oni (co zresztą wyszło mi na dobre) tyle dbali o kunszt mój i sławę, co o ździebełko słomy przy drodze. Jakież, u licha, mam prawo (powiadali) zajmować się kościołem świętego Barnaby? Od czasów Czarnej Śmierci164 kościół ten leżał w gruzach, więc niech i nadal w gruzach zostanie! Radzono mi, bym się powiesił na powrozach, jakie rozciągnąłem na wzniesionym przeze mnie rusztowaniu... Szlachta i gmin prosty, wielcy i mali — Hayesowie, Fowlowie, Fennery i Collinsowie — wszyscy jak gdyby się zmówili przeciwko mnie. Jedynie pan Jan Pelham, mieszkający tam hen, w Brightlingu, dodawał mi otuchy i zachęcał do wytrwania. Ale czyż mogłem wytrwać? Oto na przykład prosiłem mistrza Collinsa o wypożyczenie mi fury na zwiezienie belek — okazuje się, że woły poszły właśnie do Lewes po wapno. A co było, gdy mi obiecał pakę żelaznych klamer czy haków na wiązanie dachu? Albo mi ich wcale nie doręczono, albo, gdy doszły, były połamane i pokrzywione... I tak działo się ze wszystkim. Nikt mi nie powiedział ani słowa, ale też nikt do niczego nie przyłożył ręki, chyba że stałem im nad głową... a wtedy wykonywali wszystko po partacku. Myślałem, że cała okolica jest widocznie zaczarowana...

— Bo też i była zaczarowana! — wtrącił się Puk opierając brodę na kolanach. — Czy nie miałeś nikogo w podejrzeniu?