— Jakie porady? — zapytał Dan.

— Ano takie: jak znaleźć rzecz zgubioną, co przykładać dziecku do szyjki, jeżeli ma skrzywioną, i jak pogodzić zwaśnionych kochanków. Niedolę, ciągnącą przez Żuławy, przeczuwała tak, jak węgorz przeczuwa nadchodzącą burzę. Była to mądra kobieta, znachorka.

— Moja kobieta też przedziwnie wyczuwała każdą odmianę pogody — rzekł Hobden. — Widywałem, jak przed burzą sypały się iskry z jej włosów niby z kowadła. Ale nigdy nie dała się namówić do dawania porad.

— Ona kobieta była z tych, co zgadują sny. W noc jedną, gdy leżała w łóżku, schorowana, nękana gorączką, nagle przyszła do niej senna zmora, zastukała do okna i zawołała: „Wdowo Whitgift! Wdowo Whitgift!” Kobieta, słysząc szelest piór i głos piskliwy, myślała, że to czajki nawołują, ale w końcu wstała, ubrała się i otwarła dźwierze w stronę trzęsawiska... A wtedy posłyszała wokół siebie jęk i troskę, trzęsące światem jako mocna frybra, więc poczęna wołać: „Co to takiego? Ach, co to takiego?”

Wówczas coś się stało takiego, jakoby wszyćkie żaby wraz poczęły skrzeczeć, potem jakoby wszyćkie trzciny poczęły szeleścić po rowach, a potem wielka fala przypływu zahuczała wzdłuż tamy. Więc kobieta nie posłyszała odpowiedzi.

Trzy razy nawoływała i trzy razy przypływ zagłuszył jej wołanie. Na koniec udało się jej trafić na chwilkę ciszy, a wtedy krzyknęła: „Jakaż to niedola chodzi po trzęsawiskach, od miesiąca już ciążąc mi na sercu i nie dając wypoczynku memu ciału?” W tej chwili poczuła, że jakaś mała rączynka trzyma ją za brzeg spódnicy. Schyliła się, by pochwycić tę rączkę... i...

Tu Tomasz Shoesmith przerwał na chwilę, wyciągnął wielką pięść ku ognisku i uśmiechnął się do niej.

— ...i pyta: „Czy morze chce zalać nasze Żuławy?” Bo była z krwi i kości Żuławianką i kochała swe strony rodzinne.

„Nie — odpowiedział cichuśki głosik. — Niech ci to snu nie zakłóca!”

„Czy grozi nam morowe powietrze?” — zapytała, bo nie wiedziała, że są jeszcze inne klęski na świecie.