„On tłusty, a i ono też tłuste — odezwał się pocierając koniec nosa. — No, no, nie brak aspanu przebiegłości i fortelu! To lubię, to lubię! A cóżem ci to powiadał, smyku, kiedym stąd odjeżdżał?”

„Zdołaszli utrzymać ten dwór, to pożyjesz długo, jeśli zasię go postradasz, będziesz obwieszon! — odpowiem mu na to. — Słowa te nigdy nie wyszły mi z pamięci”.

„Wierę53! Takom rzekł. A tyś go utrzymał”. To rzekłszy zlazł z siodła i końcem miecza wykrajał kawał darni znad brzegu i wręczył go mnie; klęcząc przyjąłem dar ten z rąk jego miłościwych.

Dan i Una spojrzeli po sobie zdumieni.

— To właśnie była intromisja — objaśnił ich Puk.

— „A teraz, mości Ryszardzie (odezwał się, po raz pierwszy używając tego miana), jesteś już prawnie zaintromitowanym właścicielem dworu — i ty, i twoi dziedzice po wiekuiste czasy. Musić to wystarczyć, póki skrybenci królewscy nie wypiszą twego tytułu na pergaminie. Anglia już do nas należy... o ile tylko zdołamy ją utrzymać”.

„Jakąż mam płacić powinność?” — zapytałem przejęty (jako dziś jeszcze pomnę) duma nieopisaną.

„Lenno rycerskie, mój chłopcze, rycerskie lenno! — odpowiedział skacząc na jednej nodze koło swego wierzchowca (zda się, żem wam mówił, iż był on wzrostu małego, a wszakoż nie pozwalał, by go podsadzano na siodło?) — Będziesz mi przysyłał sześciu jezdnych albo dwunastu łuczników na każde moje zawołanie, a następnie... skądeś ty tu wziął takie piękne zboże? (Albowiem był to właśnie czas przedżniwny i zboże wyzłociło się nad podziw). Jeszczem ci nigdy nie widywał tak okazałych kłosów! Przysyłaj no mi co roku ze trzy wory tego ziarna, a poza tym, na pamiątkę naszego ostatniego spotkania, kiedyś to miał powróz na szyi... ugaszczaj mnie i moją drużynę przez dwa dni każdego roku w wielkiej świetlicy twojego dworu”.

„Biadaż mi! — rzekę mu na to. — Tedy jużem postradał mój dwór! Zobowiązałem się, że nie przestąpię progu świetlicy!” Po czym opowiedziałem, com ślubował pani Aeluevie.

— Więc od tego czasu nie byłeś ani razu we dworze? — spytała Una.