— Hę? — spytał pan Ryszard, ocknąwszy się z zadumy. — Nie wierzysz temu? Toż ojciec Witty wyraźnie go przestrzegał przed nimi i powiadał, iż to niewątpliwie były diabły. Należy wierzyć ojcom, a nie dzieciom. A czymże, wedle waszego mniemania, były one diabły?

Dan zaczerwienił się po uszy.

— Ja... ja... Ja tylko myślałem... — wyjąkał. — Ja właśnie dostałem książkę pod tytułem „Polowanie na goryle”... jest to, proszę pana, ciąg dalszy „Wyspy koralowej”... a tam piszą, że goryle (takie duże małpy, jak panu pewnie wiadomo) zawsze gryzą żelazo...

— Wcale nie zawsze... Tylko dwa razy! — poprawiła go Una, która wraz z nim czytała w ogrodzie „Polowanie na goryle”.

— To prawda... w każdym razie, gdy szły na ludzi, zawsze tak samo bębniły na własnych piersiach jak te diabły pana Ryszarda. Aha, i jeszcze budowały domy na drzewach!

— Co?! — zawołał pan Ryszard otwierając oczy szeroko. — Zaprawdę, tak! Nasze diabły budowały sobie na drzewach domy, do płaskich gniazd podobne, gdzie barłożyły się małe diablęta wytrzeszczając na nas ślepia. Jam ci ich wprawdzie nie widział, bo byłem złożon chorobą; ale opowiadał mi o tym Witta... I wy, o dziwo, wiecie również o tym? Dalibóg! Czyżby nasze diabły były jeno małpami, co budują sobie gniazda na drzewach? Zali już żadnych czarów nie ma na tej ziemi?

— Nie wiem — odparł Dan z zakłopotaniem. — Widziałem raz człowieka, który wyjmował króliki z pustego kapelusza. Mówił nam, byśmy się przyglądali uważnie, to zobaczymy, jak on to robi... Więc patrzyliśmy, patrzyliśmy...

— I nie widzieliśmy nic — z westchnieniem dokończyła Una. — O, co ja widzę! Tam stoi Puk!

Istotnie spomiędzy dwóch pni jesionowych wyjrzała ku nim brązowa i uśmiechnięta twarz Puka. Spotkawszy się z ich spojrzeniem, mały skrzat skinął im głową przyjaźnie i ześliznął się w chłodne zacisze nad strumykiem.

— Jak to? Nie ma już czarów, mości Ryszardzie? — zaśmiał się i zdmuchnął kulistą lampkę zerwanego przed chwilą puszystego mlecza.