— Był to sam Maximus, nasz wódz naczelny! Głównodowodzący wojsk rzymskich w Brytanii! Ten sam, który był prawą ręką Teodozjusza podczas wojny z Piktami! Nie dość, że wręczył mi osobiście laskę centuriońską, ale od razu awansował mnie o trzy stopnie... i to w tak słynnym legionie! Nowo zaciężny zazwyczaj rozpoczyna od służby w dziesiątej, odwodowej kohorcie... i musi ciężko dorabiać się każdego stopnia!

— Bardzo cię uradował ten awans? — zapytała Una.

— O tak! Byłem rad niezmiernie. Zrazu myślałem, iż Maximus wyróżnił mnie za mą dzielną postawę i za sprawność w marszu; atoli gdym powrócił do domu, pater wyjaśnił mi, że niegdyś służył pod rozkazami Maximusa w czasie wielkiej wojny piktyjskiej, przeto teraz uprosił u niego, by darzył mnie swą łaską...

— Młokos jeszcze był z ciebie! — zawołał Puk ze swej gałęzi.

— Słusznie powiadasz — odrzekł Parnezjusz. — Nie bądźże zazdrosny z tego powodu, mój Faunie! Później... wiedzą bogowie, żem poniechał igraszek!

Puk skinął głową potakująco, podparłszy brodę brunatną dłonią i zapatrzywszy się kędyś w dal wielkimi, znieruchomiałymi oczyma.

— W wigilię mego odjazdu składaliśmy przodkom zwykłą, skromną domową ofiarę... ale pomnę, iż nigdy w życiu nie modliłem się tak żarliwie do wszystkich Manów... czyli łaskawych duchów... jak owego wieczora. Potem popłynąłem z ojcem łodzią do Regnum, stąd zaś poprzez kredowe wzgórki powędrowaliśmy na wschód do Anderidy.

— Co to Regnum?... Co to Anderida? — zapytały dzieci, zwracając twarzyczki w stronę Puka.

— Regnum to dziś Chichester — odrzekł Puk wskazując w stronę wiatraka — zaś Anderida to dzisiejsze Pevensey.

I wyciągnął rękę poza siebie, w kierunku południowym.