— A niech się i on ucieszy, biedaczysko! — mówił M’Turk, wkładając koszulę. — Wypocił dzięki nam z pewnością ze dwadzieścia funtów przez ten czas.
— Ale słuchajcie, dlaczego my nie mamy urazy do starego? On sam powiedział, że to krzycząca niesprawiedliwość — i ma rację! — zawołał Beetle.
— Zacny chłop! — bąknął M’Turk za całą odpowiedź.
A Stalky roześmiał się naraz tak serdecznie, że aż się musiał chwycić za krawędź umywalni.
— Czego ryczysz, ośle jakiś? — zawołał Beetle.
— Przyszła mi właśnie na myśl ta krzycząca niesprawiedliwość!
Reformatorzy moralności
Klęska była niewątpliwa. Jednakże, mimo iż zwycięstwo odniósł Prout, Stalky i Spółka nie mieli do niego urazy. Prawda, że jego zwrócenie się do rektora nie zgadzało się z prawidłami gry, ale chłopcy darowali mu to, poprzestając na własnych zdobyczach.
Wielebny John skorzystał z najbliższej sposobności, aby sprawę omówić. Członkowie ciała nauczycielskiego, składającego się z samych kawalerów, w liceum, w którym pracownie nauczycieli są rozmyślnie rozrzucone wśród klas, sal wspólnych i pracowni uczniów, mogą, jeśli chcą, często odwiedzać swych wychowanków. Nr 5 z właściwą sobie ostrożnością przez kilka lat doświadczał wielebnego Johna. Był to prawdziwy gentleman. Nigdy nie wszedł do pracowni bez pukania; zachowywał się jak gość, a nie jak zabłąkany liktor70; nigdy nie dawał nauk i nigdy z tego, co usłyszał podczas prywatnej pogawędki, nie korzystał w życiu urzędowym. Prout był zawsze nieznośny — King przychodził tylko, aby wywrzeć krwawą zemstę, nawet mały Hartopp, gawędząc o historii naturalnej, nie zapominał nigdy, że jest profesorem. Tylko wielebny John był w Nr. 5 gościem zawsze mile widzianym i upragnionym.
Spójrzmy tedy na niego, jak siedzi w ich jedynym fotelu z fajeczką z giętego głogu w zębach, z potrójnym podbródkiem w swym księżym kołnierzu, sapiąc jak dobroduszny wieloryb, podczas gdy Nr 5 rozprawia o życiu, tak jak mu się ono przedstawia, a szczególnie o ostatniej wizycie u rektora — w sprawie lichwy.