— Po co zwracasz uwagę na tych kretynów? — rzekł Stalky, który grał jako zastępca po stronie Starych Chłopców, wspaniały w białym jerseyu, białych majtkach i czarnych pończochach. — Ja rozmawiałem z nim w sypialni, jak się przebierał. Pomagałem mu wkładać sweter. Całe ramiona ma posiekane — takie straszne, purpurowe blizny. Dziś w nocy opowie nam o tym. Spytałem go, jak mu sznurowałem trzewiki.
— I żeś się też odważył! — rzekł Beetle z zazdrością.
— Jakoś mi się tak wyrwało, zanim nawet o tym pomyślałem, Ale wcale się nie gniewał. To morowy chłop! Jak Boga kocham, będę dziś grał jak anioł. No nie, Turkey?
Technika tego meczu należała do dawno minionego wieku. Bójki były zaciekłe i długotrwałe, ciosy bezpośrednie i doskonale wymierzone; dokoła walczących stała cała szkoła, wydając dzikie okrzyki. Pod koniec wszystkich opuścił zmysł przyzwoitości i matki eksternistów, znajdujące się zbyt blisko pola bitwy, nasłuchały się słów niefigurujących w programie. Nikogo z placu nie wyniesiono, ale obie strony były bardzo zadowolone, kiedy dano znak zakończenia gry. Beetle pomagał Stalky’emu i M’Turkowi wdziać płaszcz. Obaj przyjaciele zetknęli się z sobą w samym sercu wielonożnej gry i, jak Stalky mówił, „uszlachcili się wzajemnie”. Kiedy po skończonej grze sztywnym, drewnianym krokiem maszerowali za drużynami — zastępcy nie mają prawa iść w jednym szeregu z dorosłymi — i przechodzili niedaleko muru koło jakiejś zaprzężonej w kuca bryczki — czyjś ochrypły głos zawołał: „Byczoście grali! Och, jak byczo!”. Był to Stettson starszy, blady i chudy, który jednak zdołał się przedostać aż tu pod eskortą niecierpliwego woźnicy.
— Hallo, Stettson! — zawołał Stalky, zatrzymując się. — Można się już do ciebie zbliżyć?
— Tak, już można. Jestem zupełnie zdrów. Nie chcieli mi pozwolić przedtem wyjść, ale na mecz się przecie wydostałem. Ale ty masz gębę jak kompot.
— To Turkey wlazł mi na pysk niechcący naumyślnie. Bardzo się cieszę, że jesteś już zdrów, bo mamy ze sobą do pogadania. Przez ciebie i twoją membranę, smarkaczu, wdepnęliśmy, co się zowie!
— Słyszałem o tym! — odpowiedział chłopiec, chichocząc. — Stary mi opowiadał.
— Ale! Kiedy?
— Ach, chodźmy do budy! Kostka mi spuchnie, jeśli tu będziemy dłużej stali.