— Poczciwy, stary Dolabella — mruknął Stalky. — Nie złamcie go! Jaka okropna jest ta proza Cycerona, nieprawdaż? Powinien nam być wdzięczny...

— Hallo! — zawołał M’Turk pochylony nad inną kolumną.

— Co mi dacie za wspaniałą odę? Qui... quis, o, to Quis multa gracilis, jak Boga kocham.

— Dawaj tu. Tuśmy mleko już dość osłodzili! — rzekł Stalky po kilku minutach gorliwej pracy. — Nigdy niepotrzebnie nie bijcie swych psów.

Quis munditiis? — zaczął Beetle, nie składając szczypców — Słowo daję, że to bycze! Czy ten znak zapytania nie fajno tu wygląda? Heu quoties fidem! To brzmi tak, jakby ten chłop czegoś się pietrał i nie wiedział, co z sobą począć. Cui flavam religas in rosa — którego woń uciekła w różę — Mutatosque Deos flebit in antro.

— Płaczący w grocie niemi bogowie — poddał Stalky. — Jak Boga mego, Horacy potrzebuje nad sobą takiego samego dozoru jak Tulke.

Redagowali gorliwie, aż się tak ściemniło, że już nic nie było widać.

— Aha! Elucescebat — mówił nasz przyjaciel. Ulpian mi wystarczy, nieprawdaż? Jeśli King potrafi co zrobić z tego, jestem skończonym osłem — mówił Beetle, kiedy, wyślizgnąwszy się przez okno, stanęli w dobrze znanej sobie alei na tyłach domu i rozpoczęli trzymilowy bieg do liceum. Korekta klasyków zatrzymała ich zbyt długo. Gdy wyczerpani i bez tchu dopadli wreszcie krzaków i gazometru, w oknach liceum płonęły już światła i było co najmniej dziesięć minut po dzwonku na herbatę i na apel.

— Oj, źle z nami! — mówił zadyszany M’Turk. — Założę się o szylinga, że Foxy czeka na spóźnionych pod latarnią na podwórzu. I to świństwo, bo w dodatku sam rektor pozwolił nam wyjść, a myśmy nie przyszli na czas.

— Pozwólcie mi poszukać w pełnej skarbnicy mej wiedzy — zaczął Stalky.