— Cóż robić, jeśli wy pchacie nam to wciąż pod nos — tu Beetle zaczął naśladować przewlekły, najbardziej jadowity, gawędziarski styl Kinga — miły deszczyk po burzy — krótko mówiąc, wszystko to jest dostatecznie paskudne i ohydne. Ja faktycznie nie wiem, kto się tu prezentuje w gorszym świetle: Tulke, którego przypadkiem złapano na gorącym uczynku, czy też ci, którzy tego uniknęli. My zaś — tu zwrócił się dumnie do swych dwóch przyjaciół — mamy przed nimi stać i słuchać ich urągań za to, żeśmy przypadkiem wpadli na ślad ich miłostek.

— Bodaj cię jasny piorun! Ja chciałem was tylko przestrzec! — wrzasnął Carson, wydając się tym samym lekkomyślnie w ręce nieprzyjaciela.

— Przestrzec? Ty?

Słowa te wypowiedziano z miną człowieka, który niespodziewanie w szafie swej znajduje niemiłą rzecz, jaka tam nigdy być nie powinna.

— Carson, czy chciałbyś być tak łaskaw powiedzieć nam, przed czym, na miły Bóg, miałbyś prawo przestrzegać nas po tym skandalu? Przestrzec nas! No, tego już za wiele! Chodźmy gdzieś, gdzie powietrze jest trochę czystsze!

Drzwi zatrzasnęły się za ich obrażoną niewinnością.

— O Beetle, Beetle, Beetle, mój złoty Beetle! — łkał Stalky, rzuciwszy się na falującą pierś Beetle’a, jak tylko znaleźli się w pracowni. — I że ci sił starczyło!

— Poczciwa dusza! — mówił M’Turk, objąwszy obu ramionami głowę Beetle’a i kołysząc ją to na prawo, to na lewo do taktu starej piosenki:

Piękne usteczka... słodsze... niż wiśni lub malin miód...

Zawsze rozkoszne... zawsze... w uśmiechu przybrane cud...