— À propos łazienek — zachichotał M’Turk — przypominasz sobie, Beetle, naszą kąpiel w łazience Nr 5 tego wieczoru, kiedy to Króliczy Bobek zdemolował pracownię Kinga? Co bym dał za to, żeby móc zobaczyć starego Stalky’ego! On jeden z obu naszych pracowni nie przyjechał.
— Stalky jest jednym z największych ludzi swego wieku! — wtrącił Dick IV.
— Skąd wiesz? — zapytałem.
— Skąd wiem? — odpowiedział Dick IV z pogardą. — Gdybyś był ze Stalky’m w takich opałach jak ja, nie pytałbyś z pewnością.
— Ja nie widziałem się z nim od czasu obozu pod Pindi w osiemdziesiątym siódmym! — zaznaczyłem. — Zrobił się z niego wówczas olbrzymi chłop — około siedmiu stóp wysoki i cztery stopy gruby.
— Morowy chłop. Niesłychanie morowy chłop! — mówił Tertius, kręcąc wąsa i wpatrując się w ogień.
— Kiedy był w osiemdziesiątym czwartym w Egipicie — odezwał się Dzieciuch — mało brakowało, a byłby poszedł pod sąd wojenny. Jechałem z nim tym samym statkiem transportowym, taki sam nowicjusz jak i on, tylko że po mnie to było widać, a po Stalky’m nie.
— A cóż tam takiego zmalował? — pytał M’Turk, pochylając się machinalnie, aby mi poprawić przekrzywiony krawat.
— Och, nic! Jego pułkownik pozwolił mu wziąć dwudziestu Tommies102 i pójść na tyły kąpać się, czesać wielbłądy czy coś w tym guście, a Stalky zaawanturował się z derwiszami na pięćdziesiąt mil w głąb kraju. Wykonał wspaniale odwrót i ośmiu derwiszów ukatrupił. Wiedział dobrze, że nie miał prawa zapuszczać się tak daleko, wobec czego postanowił uprzedzić grożący mu cios i napisał do swego pieniącego się tymczasem z wściekłości pułkownika list, w którym się skarżył na „niedostateczne wsparcie, udzielone mu w jego operacjach”. Zupełnie, jakby jeden brygadier dał nosa drugiemu. Potem przeniósł się do sztabu generalnego.
— To istotnie cały Stalky! — rzekł Ebenezar ze swego fotela.