— Aha, Foxy’emu nie podobają się tablice, ale nie podobają mu się także i ciernie. No, to teraz sypmy tunelem na dół, pójdziemy do domu odźwiernego. Hallo! Oni posłali Foxy’ego w krzaki!

Foxy tkwił po pas w trzeszczącym, kołyszącym się krzewiu, z uszami pełnymi zgiełku własnych kroków. Chłopcy dotarli do lasku na górze i patrzyli na dół przez pas ostrokrzewiu.

— Hałas piekielny! — zauważył Stalky krytycznie. — Nie sądzę, aby się to pułkownikowi Dabneyowi spodobało. Powiadam wam, chodźmy do domku odźwiernego i sfrygajmy co tymczasem. Zobaczymy w sam raz koniec komedii.

Nagle przebiegł koło nich dozorca.

— Na miłość boską, kto tam jest na dnie wąwozu? Pan się wścieknie! — zawołał.

— Prawdopodobnie kłusownicy! — odpowiedział Stalky w szerokim dialekcie dewońskim26, który stanowił ich langue de guerre27.

— Już ja im dam kłusa!

Zleciał w lejkowaty wąwóz, który po chwili zaczął się napełniać wrzawą. Zwłaszcza wyraźnie słychać było głos Kinga wołającego:

— Naprzód, sierżancie. Proszę mu dać spokój, panie! On spełnia mój rozkaz!

— A któż wy jesteście, żebyście tu rozkazywali, dziadu jeden! A wy pójdziecie ze mną do pana. Wyłazić z krzaków. (To do sierżanta). Ale jo, to sie wi, żeście przyszli za chłopcami. Ino że ci chłopcy mają długie uszy i białe brzuchy, a wy je chowacie do kieszeni, jak już nie żyją. Marsz do pana! On wam pokaże chłopców, że do końca życia popamiętacie. A wy tam — siedzieć za płotem!