— Jakże, przecie on — on — on — piszczał M’Turk, drżącym palcem wskazuje na Beetle’a.

— Jakże, przecie ja — ja — ja byłem przez cały czas — zawył Beetle. — Byłem w jego gabinecie, urągał mi...

— O, rany boskie! — krzyknął Stalky i zniknął pod wodą.

— Szkło — szkło, to jeszcze nic. Mandersowi młodszemu rozbił głowę. Na... na... nafta z lampy rozlała się po całym dywanie. Krew na książkach i papierach! Guma! Guma! Guma! Atrament! Atrament! Atrament! O, Boże!

Stalky, cały czerwony, wyskoczył z wanny i trzęsąc Beetle’em starał się doprowadzić go do równowagi; ale to opowiadanie znowu zbiło ich z nóg.

— Ja ukryłem się w komórce, jak tylko usłyszałem, że King biegnie na dół. Beetle wpadł na mnie. Drugi klucz jest schowany za tablicą. Nie ma cienia czegoś takiego, co by świadczyło przeciw nam — rzekł Stalky.

Przez chwilę śpiewali sobie wzajemne hymny pochwalne.

— I w dodatku on sam — sam — sam nas z pracowni wyrzucił! — odkreślił M’Turk. — Choćby chciał, nie może nas podejrzewać. Och, Stalky, to najpiękniejszy czyn, jakiegośmy kiedykolwiek dokazali.

— Guma! Guma! Ocean gumy! — wołał Beetle z okularami żarzącymi się spoza morza mydlin. — Atrament i krew, wszystko razem pomieszane. Potrzymałem przez chwilę głowę tego bydlaka nad łacińskim zadaniem szkolnym na poniedziałek — Boże, jak nafta śmierdziała! A Króliczy Bobek kazał Kingowi wziąć okład na nochal! Stalky, trafiłeś Króliczego Bobka?

— Ja myślę! Pociąłem go od stóp do głów! Nie słyszeliście, jak klął. Ojej, skonam, jeśli nie przestaniecie!