Takie sobie bajeczki
W jaki sposób wieloryb nabawił się swego przełyku
Istniał w morzu dawnymi laty — kochanie ty moje — wieloryb, który jadał ryby. Jadał klenie1 i lipienie2, kraby i żaby, głowacze i sandacze, jesiotry i ich kmotry3, szczupaki, mięczaki oraz inne nieboraki4. Wszystkie ryby, jakie tylko znajdowały się w morzu, pożerał swą paszczą — chap, i już! W końcu w całym morzu pozostała tylko jedna mała rybka. Była to płotka5, co pływając, trzymała się nieco za prawym uchem wieloryba, żeby nie stało się jej nic złego. I zdarzyło się, że wieloryb stanął dęba6 na swym ogonie i odezwał się:
— Jestem głodny.
Zaś mała płotka rzekła swym cichutkim głosikiem, jakim zwykły mówić płotki:
— Szlachetny i dostojny wielorybie, czy skosztowałeś7 kiedyś człowieka?
— Nie — odrzekł wieloryb. — A jakże on smakuje?
— Nieźle — powiedziała malutka płotka. — Nieźle, ale mdli.
— Dawajże ich tutaj, a dużo! — zawołał wieloryb i zaczął wzbijać pianę na morzu swym ogonem.
— Jednego na razie będziesz miał dosyć — odrzekła płotka. — Jeśli popłyniesz na północ pod pięćdziesiąty stopień szerokości i na zachód pod czterdziesty stopień długości (są to takie czary), to znajdziesz pośrodku morza siedzącego na tratwie rozbitka, który nie ma nic prócz niebieskich, parcianych8 spodni, pary szelek (pamiętaj, żeby nie zapomnieć o szelkach, kochanie ty moje!) i kozika9, ale jest za to, dość ci chyba nadmienić, człowiekiem o niesłychanej pomysłowości i obrotności.