Kiedy król pruski rozmawiał z d’Alembertem, wszedł do pokoju jeden z lokajów, najurodziwszy mężczyzna, jakiego można sobie wyobrazić. D’Alembert był tym uderzony. „To, rzekł król, najpiękniejszy mężczyzna w moim państwie; był jakiś czas u mnie stangretem, miałem wielką pokusę posłać go jako ambasadora do Rosji”.
Pan de la Reynière miał zaślubić pannę de Jarinte, młodą i piękną. Ujrzał ją właśnie: oczarowany szczęściem, jakie go czeka, rzekł do pana de Malesherbes, swego szwagra: „Czy nie sądzisz, że moje szczęście będzie czymś doskonałym? — To zależy od pewnych okoliczności. — Jak to! Co przez to rozumiesz? — Od tego, kto będzie jej pierwszym kochankiem”.
Pan de Voltaire rozmawiał raz z księżną de Chaulnes; ta, wśród pochwał, jakimi go obsypała, kładła szczególny nacisk na harmonię jego prozy. Naraz Wolter rzuca się do jej stóp: „Och, pani, ja żyję ze świnią, która nie ma ucha, która nie wie, co to harmonia, miara, etc...” Ta świnia, o której mówił, to była pani du Châtelet, jego Emilia!
Król pruski kazał nieraz sporządzać mapy danej okolicy. Mapa wskazywała np. bagna nie do przebycia, których wcale nie było, a które nieprzyjaciele uważali za pewnik, na wiarę fałszywej mapy.
Margrabia de Villequier należał do przyjaciół wielkiego Kondeusza. W chwili, gdy księcia uwięziono na rozkaz dworu, margrabia de Villequier, kapitan gwardii, był u pani de Motteville, gdzie oznajmiono tę nowinę. „Och, Boże, wykrzyknął margrabia; zgubiony jestem”. Pani de Motteville, zdziwiona tym okrzykiem, rzekła: „Wiedziałam, że pan jest przyjacielem księcia, ale nie wiedziałam, że aż do tego stopnia. — Jak to, rzekł Villequier, czy nie pojmuje pani, że to aresztowanie to była moja sprawa, i że skoro mnie do tego nie użyto, jasne jest, że mi nie ufają?” Pani de Motteville, oburzona, odparła: „Zdaje mi się, że skoro pan nie dał dworowi przyczyn do nieufności, nie powinien się pan niepokoić, ciesząc się spokojnie przyjemnością, że nie musisz prowadzić przyjaciela do więzienia”. Villequier zawstydził się odruchu, który zdradził nikczemność jego duszy.
Marmontel odwiedzał za młodu często starego Boindin, słynnego z dowcipu i z niedowiarstwa. Pewnego razu starzec rzekł: „Niech pan przyjdzie do kawiarni Prokopa. — Ale tam nie będziemy mogli filozofować. — Owszem, umówmy tylko specjalną gwarę”. Po czym ułożyli swój słownik. Dusza nazywała się Małgosia; religia Jaga; wolność Joasia, a Ojciec Przedwieczny — pan Bytowski. Dysputują tak w najlepsze i porozumiewają się doskonale. Na to człowiek czarno ubrany, o bardzo podejrzanej minie, miesza się do rozmowy i mówi do pana Boindin: „Proszę, pana, czy wolno mi spytać, co to za pan Bytowski, który często tak źle sobie poczynał i z którego panowie jesteście niezadowoleni? — Proszę pana, rzekł Boindin, to agent policji”. Można pojąć, jak kawiarnia wybuchnęła śmiechem, ile że41 ów człowiek był właśnie z tego cechu.
Lord Bolingbrocke dał Ludwikowi XIV wiele dowodów czułości w czasie jego niebezpiecznej choroby. Król, zdziwiony, rzekł: „Jestem tym bardziej wzruszony, ile że wy, Anglicy, nie lubicie królów. — Najjaśniejszy Panie, odparł Bolingbrocke; jesteśmy jak owi mężowie, którzy, nie kochając swoich żon, tym skwapliwiej nadskakują cudzym”.
W sporze reprezentantów Genewy z kawalerem de Bouteville, gdy jeden z nich się zapalił, kawaler rzekł: „Czy pan wie, że ja jestem przedstawicielem króla, mego pana? — A czy pan wie, że ja jestem przedstawicielem moich równych?”
Pan de B. jest jednym z owych głupców, którzy z dobrą wiarą utożsamiają stanowisko człowieka z jego wartością. Najnaiwniej w świecie nie wyobraża sobie, aby człowiek bez orderu, lub niżej położony od niego, mógł być więcej szanowany. Kiedy spotka takiego w jednym z owych domów, gdzie umieją jeszcze czcić wartość osobistą, pan de B. otwiera wielkie oczy z pociesznym zdumieniem; myśli, że ów człowiek wygrał kwaterno na loterii, traktuje go przez kochany panie, podczas gdy najwybredniejsze towarzystwo odnosi się do tamtego z najwyższym szacunkiem. Widziałem parę razy takie sceny, godne pędzla La Bruyère’a.
Ksiądz Delille miał czytać w Akademii wiersze na przyjęcie jednego ze swych przyjaciół. Powiadał: „Chciałbym, aby nie wiedziano tego z góry, ale boję się, że opowiem wszystkim”.