„Siła złudzeń, powiadał N..., działa na mnie w stosunku do osób, które kocham, jedynie jak szkło na pastelu. Łagodzi rysy, nie zmieniając układu ani proporcji”.

Roztrząsano w towarzystwie zagadnienie: Co jest milej, dawać czy przyjmować? Jedni twierdzili, że dawać; drudzy, że kiedy przyjaźń jest doskonała, rozkosz przyjmowania jest może równie delikatna, a żywsza. Ktoś dowcipny, spytany o zdanie, rzekł: „Nie wiem, która z tych przyjemności jest większa, ale wolałabym przyjemność dawania; zdaje mi się bodaj, że jest trwalsza, ile że73 uważałem74, iż pamięta się ją dłużej”.

Przyjaciele pana N... chcieli nagiąć jego charakter do swoich kaprysów: znając go zawsze jednakim, powiadali, że jest niepoprawny; na co rzekł: „Gdybym nie był niepoprawny, byłbym się już od dawna zepsuł”.

„Uchylam się, mówił N..., od awansów pana de B..., ile że nisko cenię zalety, dla których on szuka mego towarzystwa; gdyby zaś on wiedział, które przymioty w sobie szanuję, wymówiłby mi dom”.

Ktoś, kto odtrącił względy pani de S... (Staël), rzekł: „Na cóż ma służyć rozum, jeśli nie na to, aby nie mieć pani de S...?”

P. Joly de Fleury, generalny kontroler w r. 1781, mówił do mego przyjaciela, pana B.: „Gada pan wciąż o narodzie. Nie ma żadnego narodu. Trzeba mówić lud; lud, który nasi dawni publicyści określają terminem: Lud niewolny, pańszczyźniany i opodatkowany wedle łaski i miłosierdzia”.

Ofiarowywano panu N... zyskowne miejsce, które mu nie odpowiadało; odparł: „Wiem, że żyje się za pieniądze; ale wiem także, że nie trzeba żyć dla pieniędzy”.

Ktoś powiadał o wielkim egotyście: „Spaliłby wasz dom, aby sobie ugotować dwa jajka”.

Książę de..., niegdyś człowiek rozumny, szukający towarzystwa godnych ludzi, zmienił się w pięćdziesiątym roku w pospolitego dworaka. Obyczaj ten oraz życie w Wersalu nadały mu się w upadku jego inteligencji tak, jak gra przystoi starym kobietom.

Pan de L... powiadał, że z małżeństwem powinno by być tak, jak z domami, które wynajmuje się na trzy, sześć albo dziewięć lat, z prawem kupna domu, jeżeli się nada.