Spozierał wściekle po starych meblach. Nie było jednego fotela, na którym by nie siadywała, obrazu, na który by nie patrzyła, świecznika, który by jej nie oświetlał, zwierciadła, w którym by się nie przezierała. Zaciskał pięści grożąc onym wspomnieniom. Porozbijałby to wszystko chętnie w trzaski maczugą.

Umyślił jednak dotkliwszą zemstę, mianowicie wyprzedaż zupełną. Niechże biorą to obcy! Niech zostanie uwalane rękami wyrobników, niech padnie ofiarą obojętnych, dalekich ludzi. Widywał nieraz po chłopskich chatach takie kupione graty zbezczeszczone jak córka jego. Precz z nimi! Niech stoją z podartymi poduszkami, wyłażącą ze środka wyściółką, startym złoceniem, chwiejnymi nogami i poplamionymi blatami, połamane i spękane, niech tęsknią do domu! Precz! Na wszystkie świata strony chciał je rozproszyć, by tego żadna ręka zgromadzić na powrót nie mogła.

Zaczęto na koniec licytację w przepełnionej chaotycznie sali.

Ustawiono w poprzek długi stół, sprzedający zajął miejsce i zaczął wywoływać. U stołu siedzieli pisarze i notowali wszystko, a obok nich rozparł się Melchior Sinclaire postawiwszy przy sobie baryłkę wódki.

W drugim końcu sali, w sieni i w podwórzu tłoczyli się kupujący.

Rozgwar panował wesoły, wybuchały śmiechy, padały oferty i licytacja toczyła się żywo. Melchior Sinclaire siedział przy baryłce, pośród stosów własności swojej, na pół pijany, na pół oszalały, z włosami zjeżonymi wokół czerwonej twarzy, a zakrwawione oczy biegały groźnie. Wykrzykiwał i śmiał się jakby w najlepszym humorze, a każdego, kto złożył dobrą ofertę, wołał do siebie i częstował wódką.

Widział go też Gösta wmieszany w ciżbę, ale unikał zbliżenia. Widok to był niesamowity, a serce ściskało się w przeczuciu nieszczęścia.

Dziwiło go, że nigdzie nie dostrzega matki Marianny, i w końcu ruszył bezwiednie na poszukiwanie, jakby pchnięty nakazem losu.

Minął wiele drzwi, zanim ją znalazł. Mocny władca Björne był niecierpliwy, nie znosił żalów ni łez kobiecych. Znudziło go szlochanie żony opłakującej ruinę domu. Wściekły, że rozpacza nad bielizną, kiedy straciła nierównie więcej, bo samą córkę, ścigał ją, zacisnąwszy pięści, po całym domu, aż do kuchni, aż do spiżarni.

Dalej kobiecina nie miała gdzie uciec, dał więc spokój, a zobaczywszy, że siedzi pod schodami czekając bicia czy nawet śmierci, zostawił ją tam, zamknął i klucz schował do kieszeni. Nie mogła zginąć z głodu, więc postanowił, że tu czekać ma końca licytacji. Nie będzie mu już drażniła uszu skargami.