Wróciwszy do domu dowiedział się Gösta, że Marianna chce z nim mówić. Było mu to na rękę, gdyż właśnie dumał, jakby się z nią zobaczyć.
Gdy go wprowadzono do ciemnego pokoju, stał chwilę przy drzwiach nie mogąc jej dojrzeć.
— Zostań, gdzie jesteś, Gösto! — powiedziała. — Zbliżać się do mnie niebezpiecznie.
Ale Gösta, który biegł tu po schodach drżąc z niecierpliwości i tęsknoty, nie zważał na możliwość zarazy. Pałał ochotą zobaczenia ukochanej.
Była tak piękna! Żadna nie miała tak miękkich włosów, tak jasnego, promiennego czoła, szlachetnych rysów, żywej, zachwycającej mimiki.
Wspomniał brwi ostro zarysowane, śmiały orli nos, łukiem wygięte usta, owal policzków i brody. Uprzytomnił sobie delikatną płeć, matowy blask skóry i błękit źrenic w bieli oczu, wspomniał, jak uroczy kontrast tworzyły ciemne brwi i jasne włosy Marianny.
Cudna była umiłowana Gösty! A jakież serce gorące kryła jej pierś. Pod wytworną powierzchownością i dumnymi słowy taił się bezmiar oddania i ofiary. Sam widok jej sprawiał rozkosz niewysłowioną.
Przybiegł tu co sił, a ona sądziła, że będzie stał u drzwi. Za chwilę znalazł się przy niej i padł na kolana obok kanapy.
Chciał ją zobaczyć, ucałować i pożegnać. Kochał ją, czuł, że nigdy kochać nie przestanie, ale serce jego nawykło już do tego, że po nim deptano.
Gdzież miał szukać róży pozbawionej podpory i korzeni, którą by mógł wziąć i nazwać swoją? Zaprawdę, nie danym mu będzie zatrzymać dla siebie nawet tej, którą znalazł porzuconą i na poły martwą pośród drogi. Kiedyż miłość jego zanuci pieśń tak szczytną, że nie zmąci jej żaden ton fałszu, kiedyż uda mu się zbudować szczęście na pewnym gruncie, tak by nikt nie pożądał go z niepokojem i tęsknotą?