Gdy poszedł, Marianna leżała bez ruchu i myślała o nim i o tym, jaki był wzruszony:

„Dobrze jest być aż tak kochaną”.

Tak kochaną? Cóż jednak czuła ona sama? Ach... nic! Mniej nawet niż nic!

Czyż zmarła miłość jej, czy uciekła dokądś, czy może ukryła się w sercu? Może siedziała tam, w najciemniejszym kątku i drżała od mrozu lodowatych oczu i śmiechu wzgardy, na poły zadławiona kościstymi palcami potwora.

— Miłość moja! — westchnęła. — Dziecko serca mego, zali żyjesz jeszcze, czy zmarłeś wraz z pięknością?

Następnego dnia wczesnym rankiem wszedł do żony i powiedział:

— Postaraj się zrobić porządek w domu, Gustawo! Jadę po Mariannę!

— Dobrze, drogi Melchiorze! Zrobię porządek! — odrzekła.

Tak więc zapanowała znowu zgoda między małżonkami, a w godzinę potem jechał potężny pan z Björne do Ekeby.

Trudno sobie wyobrazić wspanialszego i uprzejmiejszego ziemianina nad Melchiora, kiedy tak siedział w otwartych saniach karetowych, przybrany w najlepsze futro i najpiękniejszy szal. Włosy miał przyczesane gładko i rozdzielone na głowie, ale twarz bladą, a rysy zapadłe.