Zamknąwszy oczy westchnęła, po trosze w poczuciu ulgi, a także smutku. Brała rozbrat z życiem rzeczywistym. Ale powinno jej to być obojętne, bo przecież nie umiała żyć, jeno grać komedię.

W kilka dni później matka umożliwiła Mariannie rozmowę z Göstą. Gdy mąż wybrał się w dłuższą drogę, by dozorować drwali, posłała po Göstę do Ekeby i wprowadziła go do pokoju córki.

Gösta wszedł, ale nie powitał Marianny ani nie wyrzekł słowa. Stojąc u drzwi milczał jak uparty wyrostek.

— Gösto! — zawołała ze swego fotela trochę ubawiona.

— Tak się zowię! — odparł.

— Chodźże do mnie, Gösto, chodź blisko!

Podszedł nie podnosząc oczu.

— Bliżej... bliżej! Uklęknij tu, przy mnie!

— Cóż to wszystko ma znaczyć, na miły Bóg? — powiedział, ale spełnił polecenie.

— Chcę ci tylko powiedzieć, Gösto, że dobrze się stało, iż wróciłam do domu.