Cierpiała teraz nie aktorka, ale ona sama.
Czemuż ojciec ją zabrał, czemu rozłączył z Göstą, skoro miłość jej nie zmarła, tylko skutkiem choroby utraciła swą moc.
Boże! Boże! Czemuż go utraciła! Czemuż ocknęła się poniewczasie!
Był jedynym władcą jej serca i od niego wszystko znieść była gotowa. Okrucieństwo i gniewne słowa czyniły jeno pokorniejszą jej miłość. Gdyby ją bił, całowałaby mu ręce wijąc się jak pies.
Nie wiedziała, co począć, by doznać ulgi w straszliwym cierpieniu.
Chwyciła pióro i zaczęła pisać gorączkowo. Zrazu pisała o miłości i jej utracie, potem błagała, by wrócił lub choćby zlitował się. Stworzyło się coś w rodzaju wiersza.
Skończywszy, pomyślała, że gdyby to przeczytał, uwierzyłby, że go kocha. Czemuż tedy nie posłać? Postanowiła to uczynić nazajutrz, pewna, że go skłoni do powrotu.
Dnia następnego walczyła i pasowała się ze sobą. To, co napisała, wydało jej się bardzo liche, a nawet głupie. Gdzież rym i rytm? Zwyczajna proza i nic więcej! Wyśmiałby na pewno te wiersze. Zbudziła się też duma. Jeśli jej nie kochał, poniżyłaby się żebrząc miłości.
Rozsądek podniósł również głowę i oświadczył, że winna cieszyć się z zerwania stosunków z Göstą, gdyż smutny byłby ich wynik.
Ale serce tak cierpiało, że dała pierwszeństwo uczuciu. Trzeciego dnia po uświadomieniu sobie miłości włożyła wiersz w kopertę i nakreśliła na niej nazwisko Gösty. Ale nie wysłała listu, gdyż zanim się zdecydowała, doszły ją wieści o Göście, które wzbudziły w niej przekonanie, iż za późno już, by go odzyskać.