— O nie, uwolnią ją na pewno, ale straszne miała przejścia w ostatnich czasach. Oby tylko nie pomieszało jej to w głowie. Proszę pomyśleć, potężna pani na Ekeby, a teraz zbrodniarka! Zdaniem moim, najlepiej byłoby ją puścić albo dać sposobność ucieczki.
— Niechże jej to pani ułatwi! — powiedziała hrabina.
— Każdemu innemu przystoi to uczynić, ale nie sędziemu i jego żonie! — szepnęła pani Scharling. — Wszakże my musimy jej pilnować. Zwłaszcza dzisiejszej nocy, kiedy jest u nas tylu jej przyjaciół, musieliśmy postawić straż i zaryglować drzwi. Cieszyłoby nas jednak oboje bardzo, gdyby jej ktoś dopomógł do ucieczki.
— Czy mogłabym pójść do niej? — spytała hrabina.
Pani Scharling ujęła ją żywo za rękę i pociągnęła za sobą. W sieni okryły się szalami i ruszyły śpiesznie przez podwórze.
— Może nie zechce nawet mówić z nami! — powiedziała sędzina. — Ale będzie przynajmniej wiedziała, żeśmy o niej nie zapomniały.
Minąwszy pierwszą izbę, gdzie dwaj strażnicy stojąc na warcie pilnie strzegli zaryglowanych drzwi, dotarły bez przeszkód do uwięzionej majorowej. Zamknięto ją w dużej izbie pełnej krosien i rozmaitych narzędzi. Była to właściwie tkalnia, ale miała okratowane okna i mocne zamki u drzwi i w razie potrzeby służyła za więzienie.
Nie bacząc na przybyłe, majorowa chodzi po izbie tam i z powrotem. Długą odbyła drogę w tych dniach. Wyobraziła sobie, że musi przejść trzydzieści mil dzielących ją od matki, która czeka na nią w lasach Älvdalen. Nie miała czasu spoczywać. Matka liczy już dziewięćdziesiąt lat i długo pewnie nie pożyje.
Wymierzyła na łokcie rozmiary izby i chodząc liczy je. Potem łokcie przerachowuje na węzły, a węzły na mile.
Długa i przykra wydała jej się ta droga, a jednak spoczywać nie chciała. Brodziła po głębokich zaspach, słyszała poszum wiekuistych lasów, nocowała w kurnych chatach fińskich i szałasach węglarzy. Często też, nie napotkawszy ludzkich osiedli, musiała łamać gałęzie na legowisko i spać między korzeniami obalonej jodły.