Miały właśnie wyjechać na wzgórze westratorpskie, gdy nagle stara Ulryka zamilkła i chwytając ramię Anny wskazała oczyma wielkiego psa siedzącego na skraju drogi.

— Patrz! — zawołała.

Ale pies uciekł w las, zanim go Anna dobrze zobaczyła.

— Spiesz! Spiesz, ile tylko możesz! — powiedziała Ulryka. — Teraz Sintram dowie się, że ja tutaj jestem.

Anna chciała wyśmiać jej obawy, ale starowina zaręczyła:

— Niedługo posłyszymy dzwonki jego sań, zanim jeszcze wyjedziemy na najbliższe wzgórze.

Właśnie w chwili, kiedy stara Disa sapała ze zmęczenia osiągnąwszy szczyt elofskiego pagórka, zabrzmiały w dole dzwonki sań.

Ulryka straciła całkiem równowagę. Drżała, łkała i żaliła się, zupełnie jak przedtem w Forsie. Anna chciała ponaglić do pośpiechu Disę, ale szkapa obróciła głowę jakby niewymownie zdziwiona. Czy ta panienka sądziła, że ona nie wie, w którym miejscu trzeba biec, a gdzie iść stępa? Nie potrzebowała, by ją ktoś uczył ciągnąć sanki po dwudziestoletniej praktyce i znajomości całej okolicy.

Dzwonienie zbliżało się.

— To on... znam jego sanki — jęczała Ulryka.