Smutne przeznaczenie ciąży na tym dworze. Zda się, leży tam pochowane nieszczęście, nie mogące znaleźć spokoju w grobie, które wstaje ciągle, by straszyć żywych. Gdybym była właścicielką Borgu, kazałabym rozkopać kamienisty grunt lasu jodłowego, piwnice i czarną ziemię w polu, by znaleźć objedzony przez robaki szkielet czarownicy i złożyć go w poświęconej ziemi cmentarza svartsjöńskiego. Nie żałowałabym też na pogrzeb obfitych datków dzwonnikom, proboszczowi i kościelnemu za długie i głośne dzwonienie, mowę i śpiewy, by ukołysały zmarłą do snu wiecznego.
Gdyby to nie pomogło, podpaliłabym w jakąś ciemną, burzliwą noc stare, drewniane ściany, aby nikt już nie uległ pokusie zamieszkania w przybytku niedoli. Nikt nie przestąpiłby już przeklętego miejsca, jeno czarne kawki z wieży kościoła dostałyby pozwolenie uwicia nowych gniazd w sczerniałym kominie, co ponuro sterczałby nad opustoszałą pogorzelą.
Pewnie by mnie lęk ogarnął na widok płomieni liżących dach, gdy kłęby dymu, czerwieniejąc w blasku i sypiąc skrami buchnęłyby ze starego hrabiowskiego dworu. W syku, dymie i skrach usłyszałabym pewnie skargi bezdomnych teraz wspomnień, zaś w niebieskich językach płomieni dostrzegłabym zapewne wypędzone duchy domowe. Pomyślałabym o tym, że cierpienie uszlachetnia, a nieszczęście staje się ozdobą, i zapłakałabym nad świątynią starych bogów, wydaną na pastwę ognia.
Lecz cicho, kruku złowieszczy! Stoi jeszcze dwór borgijski, oblany marcowym słońcem, na cyplu przylądka, pod ochroną potężnych jodeł parku, i rysuje się ostro na śnieżnej bieli pól. Z wnętrza zaś dolata wesoły śmiech młodej hrabiny Elżbiety.
Co niedziela udaje się ona do svartsjöńskiego kościoła, a po nabożeństwie zaprasza do pałacu kilka osób, najczęściej zaś sędziego z Munkerudu, jego żonę, rodzinę kapitana z Bergi, kapelana i złego Sintrama.
Gösta Berling przybywa także pieszo przez lód do Svartsjö i również otrzymuje zaproszenie do Borgu. Czemuż by go nie miała zaprosić?
Nie wiedziała wcale, że plotkarki zaczęły już szeptać o tych częstych wizytach Gösty na wschodnim brzegu jeziora: że czynił to w celu zobaczenia hrabiny, a może także, by popić z Sintramem, ale to ostatnie wydawało się już mniej ważne. Wszyscy wiedzieli, że Gösta ma ciało z żelaza, natomiast serce zgoła niehartowane i nie może patrzeć na jasne włosy kobiece, zwite wokół jasnego czoła, i w błyszczące oczy, nie zakochawszy się zaraz.
Hrabina jest mu życzliwa i nic w tym dziwnego, gdyż taka jest dla wszystkich. Bierze na kolana obdarte, żebrzące dzieci, ile razy zaś napotka starca idącego pieszo, zatrzymuje się i bierze go do sanek.
Gösta przesiaduje chętnie w błękitnym gabineciku, skąd tak uroczy ściele się widok na jezioro, i czytuje jej poezje. Cóż w tym złego? Nie zapomina przecież, że ona jest hrabiną, on zaś biednym, bezdomnym awanturnikiem, czci ją i poważa jak wyższą, niedosiężną istotę. Równie dobrze mógłby zakochać się w królowej Sabie, której wizerunek zdobi ambonę svartsjöńskiego kościoła.
Pragnął jeno mieć sposobność służenia jej jako paź: przypinać łyżwy do nóg, trzymać motek nici i kierować sankami. Mowy między nimi o miłości być nie mogło, ale Gösta rozkoszował się właśnie takim niewinnym romantycznym marzeniem.