Ja zaś wzięłam ją na ręce, zniosłam po schodach i posadziłam w powozie.

„Jakimże prawem złorzeczysz mi? — spytałam. — Jakim prawem bijesz mnie? Tego nie zniosę od nikogo”.

To rzekłszy oddałam jej policzek. W tej chwili powóz ruszył i w tejże chwili przekonałam się też, Gösto, że Małgorzata Celsing naprawdę zmarła. Była tak niewinna i dobra. Nie wiedziała, co znaczy zło. Aniołowie płakaliby na jej grobie. Gdyby żyła, nigdy nie ośmieliłaby się uderzyć matki swojej.

Żebrak przy drzwiach słuchał bacznie, a słowa te przygłuszyły na chwilę kuszący szmer lasów wieczystych. Oto ta bogata pani zstąpiła ku niemu w grzechach swoich, została mu siostrą w niedoli, a uczyniła to, by mu dodać odwagi do życia. By zrozumiał, że na głowach innych ludzi cięży również troska i wina. Wstał i podszedł do majorowej.

— Czy godzisz się teraz żyć, Gösto? — spytała głosem zdławionym przez łzy. — Na cóż ci umierać? Mogłeś być zapewne dzielnym proboszczem, ale Gösta Berling, utopiony przez ciebie w wódce, nigdy nie był tak promiennie czysty jak Małgorzata Celsing, którą utopiłam w nienawiści! Czy chcesz żyć, Gösto?

Gösta padł przed majorową na kolana i rzekł:

— Przebacz mi, nie mogę!

— Jestem starą kobietą — odparła — otępiałą w troskach i zgorzkniałą, a oto siedzę i wydaję się na łup żebraka, którego znalazłam na poły zamarzłego w zaspie. Dobrze mi tak. Idźże sobie acan i popełnij samobójstwo... ale nie opowiadaj przynajmniej nikomu o mojej głupocie!

— Nie jestem samobójcą — błagał — jestem skazany na śmierć. Nie utrudniaj mi walki! Żyć nie mogę! Ciało moje wzięło górę nad duszą, przeto muszę ją wyzwolić i puścić do Boga.

— Sądzisz więc acan, że pójdzie do Boga?