Panna Maria wierzyła, że miłość jest przyczyną wszelakiego zła na tej smutnej ziemi. Co wieczór przed zaśnięciem składała ręce i odmawiała modlitwę, do której zawsze dodawała prośbę, by ją Bóg raczył ustrzec od miłości.

— Popadłabym w biedę! — mawiała. — Jestem stara, brzydka i biedna! Niech mnie Bóg broni od zakochania się.

Po całych dniach siadywała na swym poddaszu u pani Moreus, robiąc firanki i kapy, sprzedając je chłopom i po dworach okolicznych. Gromadziła grosz, by ziścić swe marzenia, mianowicie kupić mały domek na wzgórzu, naprzeciw kościoła svartsjöńskiego, skąd był widok rozległy wokoło. O miłości słyszeć nie chciała.

Gdy w sobotnie wieczory rozbrzmiewały skrzypki grajka, który siedząc na płocie u rozstaju przygrywał młodzieży kręcącej się w fali kurzu, panna Maria nakładała drogi przez las, by tylko nic nie widzieć i nie słyszeć.

W letnie wieczory, gdy usłyszała dźwięk skrzypek od rozstaju dróg, gdzie muzykant siedział na podmurówce płota, a młodzież wywijała polkę, aż się kurz unosił, panna Maria robiła wielkie okrążenie, szła przez las, byle nie słyszeć i nie widzieć.

W drugie święto Bożego Narodzenia przychodziły ze wsi młode narzeczone, czasem po pięć i sześć naraz, do pani Moreus, która z pomocą córek ubierała je do ślubu. Miały na głowach wianki mirtowe, wysokie, przybrane perłami korony, piękne szarfy z jedwabiu, strojne w róże własnej roboty, i spódnice z wieńcem kwiatów sztucznych u dołu. Wówczas panna Maria zamykała się u siebie, by nie widzieć, jak je ubierano ku czci miłości.

Panny Moreus siadywały w zimowe wieczory u krosien w przytulnym saloniku, pieczone jabłka skwierczały, przychodzili w odwiedziny piękny Gösta Berling i dobry Ferdynand, drażniąc się z dziewczętami, wyciągając nitki z igieł i przeszkadzając, tak że panienki stawiały krzywe ściegi. Cały pokój rozbrzmiewał śmiechem, zalotami, przekomarzaniem, a dłonie spotykały się pod krosnami. Wówczas osowiała panna Maria składała swą robotę i szła na górę, gdyż nienawidziła miłości i wszystkich jej przejawów.

Znała natomiast zbrodnie miłości i umiała o nich opowiadać. Pojąć nie mogła, że Amor śmie jeszcze pokazywać się na ziemi, mimo skarg opuszczonych, klątw tych, których uczynił występnymi, oraz krzyków rozpaczy wszystkich zakutych przezeń w kajdany. Dziwiła się, iż ulata dotąd tak lekko na skrzydłach nie strącony w przepaść udręką i wstydem.

Była i ona, jak wszyscy, kiedyś młoda, ale miłości nie mogła znosić nigdy. Nie dała się ponieść tańcowi, nie uległa pieszczocie. Gitara matki wisiała bez strun i zakurzona na strychu, a ona nigdy nie nuciła pieśni do jej wtóru.

W oknie poddasza stały matczyne doniczki róż, ale podlewała je skąpo, nie cierpiała bowiem kwiatów, dzieci miłości. Listki zwisały pokryte kurzem, pająki snuły na nich sieci, a pąki nie rozwierały się nigdy. Panna Maria nader też rzadko schodziła do ogrodu pani Moreus, gdzie latały motyle, śpiewały ptaki, kwiaty wabiły pszczoły swą wonią i gdzie wszystko mówiło o przeklętym uczuciu.