Choć pożegnania bije dzwon,

Niech obcy kraj cię nie omami —

Wróć do värmlandzkich naszych stron,

O, wróć do domku pod różami.

Potem zatknęła mu na piersiach bukiet, pocałowała w same usta i uciekła co prędzej po schodach. Tak uczyniła biedna stara panna!

Zemściła się na niej miłość czyniąc ją pośmiewiskiem, ale panna Maria nie urągała jej odtąd nigdy, nie rzucała gitary do lamusa i podlewała starannie doniczki matczynych róż.

— Lepiej smucić się i kochać — mawiała — niż żyć bez miłości w weselu.

Czas płynął. Majorową wygnano z Ekeby, kawalerowie objęli ster spraw, a w końcu, jak opowiedziałam, w pewne niedzielne popołudnie Gösta Berling odczytał hrabinie Elżbiecie swój poemat i został wygnany z Borgu.

Powiadają, że wychodząc z bramy Gösta zobaczył kilkoro sanek właśnie zajeżdżających. W pierwszych siedziała małego wzrostu dama, a na jej widok zrobiło mu się jeszcze smutniej na duszy. Odszedł szybko, by go nie poznała, ale ogarnęło go przeczucie jakiegoś nieszczęścia. Czyżby to rozmowa z hrabiną Elżbietą wyczarowała przybyłą? Nieszczęścia chadzają zwykle w parze.

Zbiegła się służba, zaczęto odpinać futrzane pokrowce i skórzane fartuchy. Przybyła w istocie Märta Dohna, słynąca w okolicy szeroko.