Gösta nie stroił swej wybranej w jedwabie i klejnoty, ale pozwalał jej wędrować, jak zwykle, z miotłami od dworu do dworu; chciał ogłosić zaręczyny dopiero wobec znakomitych panów i dam z całej okolicy podczas wielkiej uczty w Ekeby. Miał ją wówczas przyprowadzić z kuchni, gdzie odpoczywała po wędrówce, brudną, okrytą kurzem, obdartą może, rozczochraną, z obłędnym spojrzeniem i słowami nieprzytomnymi na ustach. Chciał spytać gości, czy stosowną obrał sobie narzeczoną i czy szalony proboszcz nie może być dumny z pięknej oblubienicy o rozmarzonych oczach. Miał zamiar do tej chwili sprawę zataić przed wszystkimi, ale wieść doszła do hrabiny Elżbiety.
Cóż jednak mogła poradzić? Nadszedł dzień zaręczyn, już zmierzchało. Hrabina stała w błękitnym gabinecie, spoglądając ku północy i mimo łez w oczach oraz mgły wydawało jej się, że widzi Ekeby. Dostrzegała wyraźnie wielki, trzypiętrowy dom z rzędami oświetlonych okien, wyobraziła sobie, jak nalewają szampana, brzmią toasty, a Gösta Berling ogłasza swe zaręczyny z miotlarką.
Czyż zawróciłaby go z drogi wyklętych, gdyby cichutko dotknęła jego ramienia i spojrzała życzliwie? Jedno słowo z jej ust wystarczyło, by pchnąć go do czynu rozpaczy — czyż drugie mogłoby go powstrzymać?
Zadrżała na myśl o krzywdzie tej biednej dziewczyny, zwabionej po to, by być zabawką na jeden krótki dzień może. Albo też — tu przejął ją strach, gdy wspomniała grzech, jaki Gösta popełnia na sobie samym — albo też stanie się ona łańcuchem wieczystym u nóg jego, który odbierze mu siłę ducha i nie dozwoli wznieść się wzwyż.
Po rozwadze uznała się winną wszystkiemu, gdyż to ona słowem pchnęła go na drogę zatraty. Powołana, by błogosławić i łagodzić, wplotła nowy cierń w koronę grzesznika.
Postanowiła, że poleci zaprząc do sanek kare konie, przejedzie przez Löven, wpadnie do sali w Ekeby, stanie przed nim, powie, że nim nie gardzi, że nie wiedziała wówczas sama, co mówi. Uczuła zaraz, że nie potrafi tego zrobić, że się zawstydzi i słowa wypowiedzieć nie zdoła. Jako mężatka, musiała być ostrożna. Powstałyby plotki. Ale jeśli tego nie uczyni, cóż się stanie?
Gnało ją z domu.
Tu nasunęła jej się myśl, że o tej porze roku żaden koń nie zdoła przebyć jeziora. Lód zaczął topnieć, odstał już od brzegów, popękał i wyglądał groźnie. Woda tryskała spośród kry, potworzyły się czarne sadzawki, a gdzieniegdzie tylko błyszczał lód biały. Większa część jeziora szara była i brudna od roztopu, a ścieżki snuły się po nim niby czarne, długie pasy.
Trudno myśleć o podróży! Czyż zezwoliłaby na to świekra, hrabina Märta? Elżbieta musiała wieczorami przesiadywać z nią w salonie i słuchać dawnych historyjek dworskich, w których lubowała się hrabina.
Noc nadeszła, mąż wyjechał, była wolna.