— Pani szła przez jezioro?
— Oczywiście! Ale powiedzże pan, czyś się już zaręczył? Pojmie pan, że zależy mi na tym, by tak nie było. To wielka krzywda, a mam uczucie, że jestem wszystkiemu winna. Czemuż pan tak wielkie przypisywał znaczenie mym słowom? Jestem obca i nie znam obyczajów kraju. Tak pusto w Borgu, od kiedy pan przestał nas odwiedzać, panie Berling!
Gösta stał pośród mokrych zarośli na bagnistym gruncie, a wydawało mu się, że go ktoś obsypuje mnóstwem róż. Aż po kolana brodził w błyszczących różach i wdychał ich woń.
— Czy się to już stało? — spytała ponownie.
Czuł, że musi odpowiedzieć i położyć kres jej trwodze, chociaż rozkoszną mu była świadomość, iż ona troszczy się o niego. Jakimże ciepłem i jaśnią przejmuje go myśl, że szła tak długo, tak przemokła, zziębła, że drży ze strachu, a w głosie jej czuć łzy.
— Nie! — odparł wreszcie. — Nie zaręczyłem się.
Pochwyciła jego dłoń i uścisnęła serdecznie.
— Jakżem szczęśliwa! — powiedziała, a pierś jej ściśnięta dotąd trwogą podniosła się z westchnieniem ulgi, z oczu popłynęły łzy.
Drogę poety zasypały kwiaty. Stopniały w jego sercu ciemność, złość i uraza.
— O, jakże pani dobra! — powiedział. — Jakże dobra!