Nikt go nie słuchał, a wszyscy myśleli jeno o złem, o zimie i tajemniczym nieszczęściu, którego zwiastunem był niesamowity dziedzic Forsu.
Po nabożeństwie udał się Sintram na zbocze kościelnego wzgórza i zaczął wodzić oczyma po wybrzeżu brobijskim, trzech przylądkach zachodnich i dalej aż po jezioro Löven. Wszyscy widzieli, jak zaciśniętą pięścią grozi jezioru i zielonym wzgórzom. Potem zwrócił się na południe, śląc spojrzenie aż tam, gdzie zdawała się kończyć powierzchnia wody, a wreszcie na północ, ku Gurlicie i Björnidet. Obracał się wokoło, zwijał pięść i groził, a wszyscy czuli, że dzierży w dłoni pioruny, które cisnąłby, gdyby jeno mógł, na spokojną okolicę, szerząc śmierć i rozpacz. Serce jego tak teraz przesiąkło złem, że radowało się jeno zagładą. Oszalały tą żądzą, srożył się nad wszystkimi, a ludzie nie znając przyczyn szerzyli najdziwniejsze wieści.
Opowiadano, że kiedy kościelny chciał zamknąć drzwi świątyni, klucz złamał się, gdyż w zamku tkwił twardy zwitek papieru. Zaniesiono go do dziekana. Zwitek okazał się listem skierowanym do istoty nie z tego świata.
Szeptano sobie, co było na tym papierze. Dziekan spalił go, ale kościelny widział błyszczące ogniście czerwone litery na czarnym tle i powiedział, że Sintram chciał zniweczyć całą okolicę widną z wieży brobijskiego kościoła, tak by las porósł na miejscu kościoła, a niedźwiedź i lis zamieszkały w ludzkich osiedlach. Pola miały leżeć odłogiem, a głosu koguta ni psa słyszeć już tu nie miano. W służbie złego ducha przyrzekał Sintram, iż tego dokona.
Zasępili się wszyscy myślą o przyszłości, wiedząc, jak potężne jest zło, jak nienawidzi ono tego, co żyje, jak bezlitośnie rade by zamienić w dzicz całą równinę, jak wziąwszy do pomocy zarazę, głód czy wojnę, zniszczyć chce każdego, kto miłuje owocną, pokojową pracę.
21. Pani Muzyka
Od owego czasu gdy Gösta dopomógł hrabinie Elżbiecie do ucieczki, zapadł on w smutek wielki, a widząc to postanowili kawalerowie szukać pomocy u muzyki, gdyż potężna ta bogini niejednego już pocieszyć zdołała.
Polecili więc pewnego dnia lipcowego otworzyć drzwi wielkiej sali, zdjąć okiennice, wpuścić słońce zachodu i łagodne powietrze wieczoru. Zdjęto pasiaste pokrowce z mebli i tiulową osłonę z weneckiego świecznika, otwarto fortepian. Złocone gryfy podtrzymujące marmurowe płyty stołów rozbłysły światłem, białe boginki na czarnym tle ponad zwierciadłami zatańczyły ochoczo, a różnokształtne kwiaty adamaszku zakwitły w czerwieni zachodzącego słońca. Nacięto róż i wniesiono do sali. Ich zapach wypełnił cały pokój. Były wśród nich cudowne róże z obcych krajów sprowadzone do Ekeby. Miały barwy przedziwne, żółte, żyłkowane krwią niby ludzkie ciało, to znów śmietankowe o brzegach pierzastych lub ciemnopurpurowe z czarnymi cieniami. Zniesiono tu wszystkie róże Altringera, które sprowadzał ongiś z daleka na uradowanie kobiecych serc.
Potem nagromadzono dużo nut i pultów26, instrumentów dętych i strunowych różnej wielkości, gdyż miała na Ekeby zapanować dobra pani Muzyka i pocieszyć Göstę.
Pani Muzyka wybrała Symfonię Oksfordzką starego papy Haydna, a kawalerowie jęli uczyć się jej. Mistrz Juliusz ujął batutę, każdy zaś grał na swym instrumencie. Grać umieli wszyscy, bo czyżby byli inaczej kawalerami?