Czekała odpowiedzi, ale Anna milczała zasłuchana w różne głosy swej duszy.
Pani Uggla zawołała z rozpaczą:
— O, jakże szczęśliwi są ci, którzy mogą opłakiwać zmarłych swoich! Ja muszę stać z suchymi oczyma u grobu syna i radować się z jego śmierci. Jakże jestem nieszczęśliwa!
Anna przycisnęła rękę do piersi. Wspomniała noc zimową, kiedy to na młodą miłość swoją przysięgała być temu człowiekowi pociechą i podporą. Drżenie ją przejęło. Czyż wszystko było nadaremne? Czyż Bóg nie przyjął jej ofiary? Czyż wszystko obrócić się miało na złe?
A może Bóg pobłogosławiłby jej dziełu, gdyby poświęciła wszystko, i uczyniłby ją dawczynią szczęścia, pocieszycielką tych ludzi?
— Czegóż trzeba, byś mogła smucić się śmiercią syna twego? — spytała.
— Trzeba, bym przestała wierzyć oczom moim! Trzeba, bym miała dowód, że kochasz go!
Anna wstała, a oczy jej rozbłysły uniesieniem. Zerwała ślubny welon i nakryła nim mogiłę, zdjęła wianek i koronę, i położyła je na grobie.
— Patrz, jak go kocham! — zawołała. — Daję mu wianek mój i koronę. Oto zostałam mu poślubiona i niczyją w życiu już nie będę!
Pani Uggla wstała także. Milczała przez chwilę, drżąc na całym ciele, a w końcu łzy bólu pociekły z jej oczu.