Nie złagodniał też wcale. Po odwiedzinach starej panny nabrał, co prawda, ochoty do przemiany, ale teraz właśnie nie mógł przymusić się i być lepszym.

Z czasem jednak stos gałęzi zaczął mu dokuczać. Zapatrywanie ogółu zapuściło w nim korzenie. Rzucanie suchych gałęzi wydało mu się okropne. Patrzył na stertę, liczył dokładnie gałęzie, a myśl ta wyparła z wolna wszystkie inne. Stos zwyciężył go.

Z każdym dniem przyznawał większą rację ludziom. Pochylił się, zestarzał w ciągu paru tygodni, miał ciągle wyrzuty sumienia i niemal zachorzał. Wszystko to łączył teraz z ową stertą, pewny, że wraz z jej zniknięciem odzyska siły i przestanie go trapić sumienie.

W końcu siadł przy drodze i pilnował stosu przez cały dzień. Ale miłosierni ludzie dorzucali gałęzi nocą.

Pewnego dnia jechał drogą Gösta Berling i zobaczył proboszcza nad rowem skulonego i pokrytego kurzem. Wyciągał suche gałęzie i układał je w kupki i rzędy, bawiąc się jak dziecko. Göście żal się zrobiło proboszcza.

— Cóż to ksiądz robi, księże proboszczu? — spytał zeskakując z wozu.

— Siedzę i układam gałęzie! — odparł. — Właściwie nic nie robię.

— Powinien by ksiądz wrócić do domu, a nie siedzieć w kurzu gościńca.

— Najlepiej mi tu.

Gösta usiadł przy nim.