Wszystko poszło dobrze, wybudował wieżę, własnoręcznie ciosając kamienie i murując.

Umieścił u góry śmigi młyńskie, gdyż miał to być wiatrak, potem zaś zaczął stawiać kuźnię.

Pewnego dnia patrząc na obracające się śmigi uczuł, że wzbiera w nim dawne pragnienie.

Wydało mu się znowu, że zielono strojna spojrzała na niego zielono lśniącymi oczami, że znowu płomień objął jego serce, zamknął się w pracowni, nie jadł, nie pił, nie odpoczywał i w ciągu tygodnia stworzył nowe arcydzieło.

Nadszedł dzień, kiedy wstąpiwszy na dach swej wieży zaczął przypinać skrzydła.

Spostrzegli go dwaj ulicznicy i gimnazjalista, którzy siedzieli na poręczy mostu i łowili płotki. Wydali okrzyk tętniący po całym mieście. Porwali się potem i biegając od drzwi do drzwi bili w nie, wołając:

— Kevenhüller chce latać! Kevenhüller chce latać!

Stał spokojnie, przypinając skrzydła, i patrzył na tłumy ludu płynące ciasnymi ulicami starego Karlstadu.

Kucharki poniechały garnków i wyrabiania ciasta, staruszki rzuciły pończochy, nasadziły na nos okulary i wybiegły na ulice, burmistrz i radni wstali z ław sędziowskich, rektor cisnął w kąt gramatykę, uczniowie opuścili bez pozwolenia klasy, a wszyscy pośpieszyli pędem ku zachodniemu mostowi.

Na moście czarno było od ludzi. Rynek był szczelnie zapchany, a na całym wybrzeżu aż pod pałac biskupi roił się tłum. Więcej było ludzi niż na kiermaszu w dzień św. Piotra, więcej też niźli podczas pamiętnej jazdy króla Gustawa III, kiedy to powóz ośmiokonny pędził tak szybko, że na zakrętach stawał na dwu kołach. Kevenhüller przypiął w końcu skrzydła, odbił się, machnął nimi parę razy i uleciał swobodnie. Płynął wysoko nad ziemią.