— Czyż nie jestem żoną twoją? Czy nie mam prawa żądać, byś z troską swoją przyszedł do mnie? W ostatnich dwóch dniach wiele strachu o ciebie wycierpiałam.
— Przecież to ja przyczyniłem się do nieszczęścia kapitana Lennarta. Jakże mogłem spojrzeć ci w oczy? Jakże mogłem?
— Obcą ci była zazwyczaj taka lękliwość.
— Wiem, że śmiercią swoją oddałabym ci największą przysługę.
Spojrzała nań z wielką wzgardą i rzekła:
— Chciałeś mnie uczynić wdową po samobójcy?
Twarz mu się ściągnęła boleśnie i odparł:
— Elżbieto, chodź, pomówimy o tych sprawach w ciszy lasu.
— Czemużby ludzie ci nie mieli słyszeć? — spytała ostro. — Czyż jesteśmy lepsi od nich? Czyż który z nich spowodował więcej troski i zła niż my? Są oni dziećmi lasu i gościńca i każda ręka przeciw nim się podnosi. Niech usłyszą, że grzech i hańba ciąży na panu z Ekeby, Göście Berlingu, którego wszyscy kochają. Nie uważam wcale ani siebie, ani ciebie bynajmniej za lepszych od nich.
Uniósł się z trudem na łokciu, spojrzał wyzywająco i zawołał: