— Gösto Berlingu, niejeden czyn bohaterski spełniłeś — powiedziała — zwyciężyłeś raz jeszcze! Nachyl się, bym cię mogła pobłogosławić.
Gorączka wróciła ze zdwojoną siłą. Zaczęło się konanie. Ciało toczyło jeszcze ciężką walkę, ale dusza przestała to niebawem odczuwać, zapatrzona w niebo otwarte umierającym.
Godzinę trwała jeszcze agonia, po czym twarz majorowej przybrała wyraz takiego spokoju i piękna, że obecni doznali głębokiego wzruszenia.
— Droga moja, kochana majorowo! — rzekł Gösta. — Widziałem cię już raz taką! Wróciła, zaiste, do życia Małgorzata Celsing i nigdy już nie ustąpi miejsca majorowej z Ekeby.
Wróciwszy z kuźni dowiedzieli się kawalerowie o śmierci majorowej.
— Czy słyszała młot? — zapytali.
— Słyszała.
Musieli się tym zadowolić. Potem dowiedzieli się, że chciała im zapisać Ekeby, ale testament nie doszedł do skutku. Uznali to za zaszczyt wielki i chlubili się tym do końca życia. Nigdy natomiast nie żalili się na utratę bogactw.
Powiadają jeszcze, że tejże nocy wigilijnej Gösta Berling, z małżonką u boku, wygłosił do kawalerów ostatnią mowę. Wyraził żal, iż muszą opuścić Ekeby. Da im się teraz we znaki starość — powiedział. Starzec i człowiek smutny doznaje wszędzie chłodnego przyjęcia. Biedny kawaler, będący na stancji u chłopa, odcięty od uciech i przygód, więdnie i usycha w samotności.
Tak mówił do beztroskich ludzi, zahartowanych zmiennością losu. Raz jeszcze nazwał ich bogami i rycerzami, którzy zjawili się, by wprowadzić radość w kraj żelaza i w żelazną epokę, ale żalił się, że ogród, w którym polata motyl uciechy, nawiedziły niszczące larwy, tak że owoc pójdzie na marne.