— Wynoś się! — powtarzał major. — Żebraj chleba po gościńcach. Jego złoto nie sprawi ci już radości i nie będziesz żyła w dobrach jego. Nie ma już majorowej na Ekeby! Jeśli przestąpisz kiedy mój próg, zabiję cię!
— Wyganiasz mnie z mego domu?
— Nie masz domu! Ekeby jest moje!
Majorową ogarnia lęk. Cofa się ku drzwiom, mąż zaś następuje na nią.
— Byłeś klątwą mego życia — mówi majorowa — czy masz moc i tę krzywdę mi zrobić?
— Precz, powiadam!
Staje oparta o ramię drzwi, zasłania twarz splecionymi rękami i szepce wspominając matkę: „Niech się ciebie zaprą, jak ty się mnie wyparłaś, niechże ci domem będzie gościniec, rów przydrożny łożem, a mielerz ogniskiem”. A więc spełniło się wszystko, do słowa!
Zacny proboszcz z Bro i sędzia z Munkerudu przystępują do majora, by go ułagodzić. Mówią, że najlepiej zostawić w spokoju dawne sprawy, przebaczyć i zapomnieć. Major strząsa ich dłonie z ramion i jest groźny jak przedtem kapitan Bergh, tak że nikt się doń zbliżyć nie waży.
— To wcale nie jest dawna sprawa! — woła. — Do dzisiejszego dnia o niczym nie wiedziałem! Nie mogłem do tej pory ukarać cudzołożnicy!
Na te słowa podnosi majorowa głowę czując, że jej wraca odwaga: