Po nabożeństwie odbyło się zebranie rady kościelnej. Biskup spytał, czy gmina zanosi skargę na proboszcza.
Proboszcz nie był już zły i zuchwały jak przed kazaniem. Wstydził się i chylił czoło. „Ach — myślał — teraz wyjdą na jaw wszystkie szkaradne awantury pijackie!”
Ale żadna nie wyszła na jaw. U wielkiego stołu w izbie gminnej panowała cisza.
Proboszcz spojrzał dokoła — naprzód na kościelnego... Nic, ten milczał, potem na członków rady kościelnej, potem na chłopów, na właścicieli hut żelaza... milczeli wszyscy. Pozaciskali usta i patrzyli z zakłopotaniem na stół.
„Czekają, by ktoś zaczął!” — pomyślał proboszcz.
Nagle jeden z członków rady odchrząknął i rzekł:
— Ja uważam, że nasz proboszcz jest dobry.
— Ksiądz biskup słyszał sam, jak umie mówić — dorzucił kościelny.
Biskup wspomniał coś o częstym zaniedbywaniu kazań.
— I proboszczowi zdarza się czasem chorować, jak każdemu innemu człowiekowi — zauważył jeden z chłopów.