— Matko, czyż mam iść do obcych? Jesteś więc równie okrutna jak ojciec? Jakże mogłaś pozwolić, by mnie wygnał? Jeśli nie otworzysz, położę się w śniegu!

Matka kładła już dłoń na kluczu, by otworzyć. W tej samej jednak chwili zatętniły schody pod ciężkimi krokami i zabrzmiał ostry głos.

Marianna usłyszała, że matka odchodzi, a ojciec ją klnie, potem zaś...

Usłyszała coś strasznego... w cichym domu wszystko słychać było wyraźnie.

Pochwyciła słuchem odgłos ciosu kijem czy policzka, potem słaby szelest i znowu cios.

Bił matkę, straszliwy, mocarny Melchior Sinclaire bił swoją żonę.

Pobladła z przerażenia, rzuciła się na ziemię i płakała, a łzy marznące w lód padały na próg rodzinnego domu.

„Łaski! — błagała w duchu. — Miłosierdzia! Wpuśćcież mnie, bym mogła podać grzbiet na ciosy! Ach, jakże on mógł bić matkę, za to, że nie chce dopuścić, by jej dziecko zamarzło w śniegu?”

Straszne było tej nocy upokorzenie Marianny. Niedawno uważała się za królewnę, teraz zaś leżała tu jak smagana niewolnica.

Nagle ogarnął ją chłodny gniew. Raz jeszcze uderzyła ręką w drzwi i krzyknęła: