Pewnego najmroźniejszego dnia nie poszedł Jan ze Skrołyki do roboty, ale został w domu i pomagał Katarzynie w podsycaniu ognia. Ani on, ani Katarzyna nie mieli śmiałości wychylić się za próg, ale im dłużej siedzieli w izbie, tym im zimniej było. Około piątej po południu zaczęło się zmierzchać i Katarzyna powiedziała, że najlepiej by było położyć się do łóżka. Nie ma sensu siedzieć dłużej koło ognia i marznąć.
Szyby pokryte były grubą warstwą zlodowaciałego śniegu w przeróżne desenie, ale w jednym rogu, tuż przy ramie znalazło się małe, przezroczyste miejsce i Jan co chwila wyglądał na świat przez ten otwór.
— Połóż się, Katarzyno! — radził żonie, spozierając ciekawie. — Ja muszę jeszcze troszkę posiedzieć!
— Tego jeszcze brakowało! Cóż to za koncept? Ciekawam bardzo, co masz tak pilnego do roboty? — odburknęła. — Możesz śmiało kłaść się spać!
Nie odpowiedział wprost, rzekł tylko:
— Dziwna rzecz, że nie widziałem dotąd przechodzącego drogą Agrypy Prästberga.
— Acha! Na niego tedy czekasz? — powiedziała — Nie był dla ciebie tak życzliwy, byś z jego powodu wyczekiwał i marzł!
Jan podniósł rozkazującym gestem ramię. To jedno pozostało mu jeszcze z czasów cesarskich, ruch ten zachował, zda się, na pamiątkę. Nie czekał odwiedzin Agrypy Prästberga, ale wiedział, że był on zaproszony na wieczerzę do pewnego rybaka z Askadalarny, dziwiło go przeto, że jeszcze nie udał się tam.
— Pewnie miał tyle rozumu, by zostać w domu przy piecu! — zawyrokowała.
Ciemność rosła, a wraz z nią potęgował się mróz. Trzeszczały belki w ścianach i powale, jakby zamróz pukał, chcąc wejść do środka. Krzaki i drzewa stały się nieforemnymi bryłami, przyodziawszy grube futra ze śniegu i lodu i wydawało się, że dobyły wszystką, jaką jeno miały odzież celem ochrony przed zimnem.