Nie był on zgoła winien temu, że ojciec sprowadzał się do wdowy po starszym synu i utrzymywał się wraz z nią z wiązania sieci.

Nie jeden, ale setki razy prosił ojca, by u niego zamieszkał, a stary uczynił mu ponowną krzywdę, odmawiając, albowiem wszyscy znający nędzę Oli Bengsty za złe mieli synowi, że do tego dopuszcza.

Stosunki zostały mimo wszystko utrzymane, nie przyszło do zerwania, syn udawał się raz do roku wraz z żoną i dziećmi w trudną, przykrą drogę do Askadalarny i spędzał tam cały dzień w celu okazania ojcu swego przywiązania.

Ludzie nie wiedzieli wcale, jak przygnębiony był sam i żona jego, ile razy znalazł się w małej chałupinie z walącą się szopą obok i musiał patrzyć na zgraję okrytych łachmanami dzieci swej bratowej. Gdyby to czuli, oceniliby miłość jego dla ojca skłaniającą go do takiego poświęcenia.

Najokropniejszą rzeczą było, zarówno dla syna, jak i żony jego, że zawsze na ich cześć odbywała się wielka uczta. Za każdą bytnością prosili ojca gorąco, by zaniechał tego spraszania sąsiadów, gdy zjawią się w roku następnym, ale stary był nieprzejednany. Nie chciał się wyrzec przyjęcia chociaż nie stać go na to było. Patrząc na otępiałego, starego Olę, nikt by nie przypuścił, że żywie71 w nim jeszcze tak rogata dusza, tkwiła w nim dawna żyłka do rozrzutności i nałogu tego nie pozbył się dotąd, mimo że wtrącił go w nieszczęście.

Syn dowiedział się pośrednio, sam także widział bez pośrednictwa innych, że ojciec i bratowa przez cały rok odejmowali sobie od ust i gromadzili pieniądze, w tym jeno celu, by wydać prawdziwą ucztę na cześć krewnych. W takich razach traktament72 nie miał granic. Na przybywających czekał obficie zastawiony stół. Wypić musieli kawę wysiadłszy z wózka. Potem był obiad, w którym brali udział wszyscy sąsiedzi. Podawano ryby, pieczeń i pudding z ryżu z sokiem, a wszystko gęsto zapijano. Uczta owa była tak smutna, że obojgu synostwu73 zbierało się na płacz.

Wystrzegali się uczynić coś, co by tę manię ojca podniecić jeszcze mogło i przywozili podarki praktyczne, zastosowane do życia codziennego. Uczta odbywała się jednak za każdym razem.

Zastanawiali się oboje, czy nie lepiej by było przestać bywać i w ten sposób odwieść ojca od rujnowania się dla nich. Atoli obawiali się, że jeśli przerwą swe wizyty, dobry zamiar ten nie zostanie zrozumiany i oceniony, jak należy.

Z jakimiż to ludźmi po społu siedzieć musieli na takiej uczcie? Byli tam tylko starzy kowale, rybacy, chałupnicy i wyrobnicy dzienni, toteż gdyby nie to, że spotykali też właścicieli Falli, ludzi zamożnych i szanownych, nie byłoby z kim zamienić rozsądnego słowa.

Syn Oli Bengsty miał w pierwszej linii wielki szacunek dla Eryka, ale wysoko też cenił jego następcę i dziedzica Larsa Gunnarsona. Lars nie wywodził się ze starego rodu, umiał jednak tak pokierować sprawą, że zawarł bardzo korzystny związek małżeński i nie poprzestając na tym, co ma, powiększał swe mienie szczęśliwymi operacjami handlowo-gospodarczymi.