— O, tak... tyle wiemy...! — powiedziała Katarzyna z ciężkim westchnieniem.

— Dlatego nie pisałam z początku! — odparła Klara Gulla i roześmiała się głośno. I teraz jeszcze tkwiła w niej moc jakaś niepojęta i zdrowie, zupełnie jak przedtem. Nie zaliczała się, zaprawdę, do ludzi dręczących się rozpamiętywaniem i skruchą.

— Nie myśl o tym, mateczko! — prosiła, gdy Katarzyna milczała. — Teraz powodzi mi się doskonale. Zostałam gospodynią, to znaczy zarządzam kuchnią na wielkim parowcu pomiędzy Lubeką a Malmö kursującym i właśnie tej jesieni wynajęłam sobie śliczny domek w Malmö. Czasem przychodziło mi na myśl napisać do was, ale nie wiedziałam, prawdę mówiąc, jak się do tego zabrać, a im dalej szło, tym było trudniej. W końcu powiedziałam sobie, że zaczekam, aż będę mogła ciebie i ojca zabrać do siebie. Doszło do tego nareszcie, toteż sądziłam, że lepiej zrobię, gdy zamiast pisać przyjadę sama!

— Nie doszły cię żadne wieści o nas? — spytała matka.

Wszystkie te wyjaśnienia powinny ją były ucieszyć, a jednak ciągle była przygnębiona.

— Nie! — odparła Klara Gulla, ale dodała zaraz na swe usprawiedliwienie. — Pewna byłam, że ludzie wam jakoś dopomogą w potrzebie!

W tej chwili zauważyła, że ręce Katarzyny drżą, mimo, iż założyła je na piersiach. Zrozumiała, że owa „potrzeba” musiała być nierównie większa, niż przypuszczała, toteż tłumaczyła się dalej.

— Nie chciałam, jak czynią inni, przysyłać drobnych kwot! Wolałam oszczędzać, aż do czasu, kiedy będę w możności zabrać was do siebie.

— Nie potrzebowaliśmy pieniędzy — rzekła Katarzyna surowo. — Starczyłoby nam listu!

Klara Gulla spróbowała dawnego sposobu rozpogodzenia matki.