Sam widok Jana dodał Katarzynie siły do wypowiedzenia posłuszeństwa córce.

— Jedź sama, jeśli chcesz! — zawołała. — Ja wysiadam w pierwszej przystani i wracam pieszo do domu.

— Czyń co chcesz, matko! — odparła Klara Gulla z urazą. Przekonała się, że nie zdoła postawić na swoim, a może odczuła też, że była zbyt okrutna dla ojca.

Nie było im jednak dane naprawić tego czynu. Jan nie chciał po raz drugi tracić radości życia swego. Odbił się nogami od deski i skoczył w wodę.

Może chciał dopłynąć do parowca, a może uczuł, że życie jest mu ciężarem zbyt wielkim..... któż to zbadać zdoła?

W przystani powstało zamieszanie, rozległy się krzyki, parowiec zatrzymał się i spuszczono łódź ratunkową. Ale Jan poszedł na dno jak kamień i ani razu nie wypłynął na powierzchnię wody.

Pływały po wierzchu czapka jego i laska, ale sam cesarz przepadł bez śladu tak, że gdyby nie owe insygnia, trudno by było przypuszczać, iż tutaj właśnie utonął.

Przeszkoda

Dziwnym się wydawało ludziom, bardzo dziwnym zjawiskiem, że Klara Gulla dzień w dzień czekała teraz w borskiej przystani na kogoś, kto nie zjawiał się wcale.

Czekała tam nie w pogodne, letnie dni, ale czasu jesiennych burz w listopadzie i przez cały mroźny grudzień. Nie snuła tu baśniowych rojeń o kimś, co przybyć ma z dalekich stron w chwale przepychu i dostojeństwa. Oczy jej śledziły bez przestanku czółno, kręcące się wokół pomostu i ludzi szukających w głębinie topielca. Zrazu mniemała, że ten, którego wyczekiwała, odnaleziony zostanie zaraz, gdy tylko zapuszczone zostaną liny z hakami sunącymi po dnie, ale omyliła się. Dzień po dniu pracowali dwaj wytrawni rybacy, nie szczędzili lin ni trudu, ale nie znaleźli niczego.