— Aa... więc boisz się wypuścić z rąk malca? — powiedział młody pan, roześmiał się i pojechał dalej.

Wędrowcy szli dalej, ale droga stawała się coraz to niebezpieczniejsza i mozolniejsza. Sanie sunęły za saniami. Nie było w całej parafii konia, który by nie ruszył w drogę owego poranku świętalnego12, a kto żył, udał się do kościoła.

— Czemużeś nie oddał dziecka? — spytała Katarzyna. — Boję się, byś się z nim jeszcze nie przewrócił!

— Jak to? Miałem im oddać dziecko? — spytał — Kobieto, nie wiesz chyba, co mówisz? Czyż nie wiesz, co to byli za ludzie?

— Cóż by się było stało małej, gdyby ją zabrali właściciele huty duwneńskiej?

Jan stanął nagle osłupiały.

— Czyż to był właściciel huty ze swoją żoną? — spytał takim głosem, jakby się obudził z głębokiego snu.

— Naturalnie, byli to państwo z Duwna. Za kogóż ich wziąłeś?

I prawda! Gdzież to wędrowały myśli Jana? Cóż to było za dziecko, które niósł przez cały czas na ręku? Dokądże zmierzał z nim? Jakiż to kraj wokoło?

Przetarł dłonią czoło i odrzekł z miną wielce zakłopotaną i zawstydzoną: